sobota, 18 maja 2019


Luxtorpeda – Jarmark Łaski 2 czerwca (Niedziela) godz. 21:00
                                    
                                  (ilustracja Aga Świstek-Malagi)
                                          
                      Mieliśmy, a właściwie cały czas mamy z Arturem swoje małe przyzwyczajenia. Weszła nam w nawyk i krew wieczorna rozmowa oraz słuchanie muzyki. Aha, kim jest Artur? To mój 10-letni syn. Otóż Artur od kiedy pamiętam przed spaniem lubi pogadać. A kiedy już porozmawia, to później w zaśnięciu pomaga mu muzyka. Żeby zabawa była większa, to płyty wybiera losowo (w stylu, tata, wyciągnij szóstą od lewej z drugiej półki od góry). I tak jest właściwie codziennie (chyba, że oglądamy mecz Ligi Mistrzów, bo piłkę nożną to my też lubimy) oprócz piątków. Bo wtedy w Trójce jest Lista Przebojów, której staramy się choć we fragmentach posłuchać.
                                   
                        Ktoś zapyta, wszystko fajnie, tylko co to ma wspólnego z Luxtorpedą? Wbrew pozorom, ma całkiem dużo, bo to właśnie pięć lat temu mój syn usłyszał ich w Trójce. Wtedy jeszcze praktycznie w ogóle nie interesował się muzyką, natomiast jego zaciekawienie wzbudził grasujący wtedy z powodzeniem na Liście Przebojów utwór „Mambałaga”. Co to za zespół? Tato, ale oni się drą! Jednak nie było w tym pytaniu i stwierdzeniu jakiegoś dziecięcego oburzenia, raczej chęć bliższego poznania grupy, która tak głośno i energetycznie brzmi. Mnie było w to graj. Już wtedy Luxtorpedę bardzo lubiłem, natomiast z przyjemnością wciągnąłem syna w tą muzyczną podróż, która zaowocowała świadomym kupnem przez niego ich trzeciej płyty pt. „A morał tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe, to jednak buraki”.
                                 
                       Zresztą, tutaj nie tylko o muzykę chodzi. Równie chętnie tłumaczyłem mu też wymowę tekstów zespołu. Mądrych, ale bez taniego moralizatorstwa. Choćby takich  jakie padają w utworze „Wilki dwa”, dotyczących walki dobra ze złem, która tak naprawdę toczy się wewnątrz nas samych.

                      "A we mnie samym wilki dwa
                       Oblicze dobra, oblicze zła
                       Walczą ze sobą nieustanie
                       Wygrywa ten, którego karmię"

                 Już pewnie rozumiecie, że twórczość Luxtorpedy dotyka mnie osobiście. Co powoduje, że z czystym sumieniem mogę polecić ich koncert, który odbędzie się już 2 czerwca w czasie „Jarmarku Łaskiego”. Jednak to nie jedyny powód.  Widziałem już ich naprawdę wiele występów i nieważne czy był to przykładowo duży festiwal w Jarocinie, klub w Łodzi, czy plener w Wieluniu. Panowie zawsze dają z siebie wszystko, bez w względu na to gdzie grają i z jakiej okazji. Jestem pewien, że równie wspaniale zaprezentują się w czasie „Jarmarku Łaskiego”. Ja na pewno wtedy tam będę z Arturem, bądźcie i wy, a nie pożałujecie.

       
Festiwal "WnieboGŁOSY" - Jarmark Łaski 
1 Czerwca (Sobota)
                         
(ilustracja Aga Świstek - Malagi)

                          
                   Zawsze lubiłem wielowymiarowość i różnorodność. Tym przyjemniej piszę o tym, co wydarzy się  na „Jarmarku Łaskim” 1 czerwca w ramach cyklu koncertów pod nazwą „Wniebogłosy”. Mianowicie  wystąpią wykonawcy, którzy należą do różnych muzycznych bajek, ale za to łączy ich wysoki artystyczny poziom.
                        
                         Zacznijmy od grupy Timingeriu, która zabierze nas w klimaty brzmień cygańskich, żydowskich i bałkańskich. Już teraz przygotujcie na dźwięki porywające do tańca. Jeżeli ktoś nie zetknął się z ich twórczością, to mocno polecam ich, wydany w zeszłym roku, debiutancki studyjny album „Gadzie i goje”. Jest ogólnodostępny w internecie na kanale youtube. Posłuchacie i poddajcie się tym żywiołowym dźwiękom.
                        
                     Zespół Mitra to z kolei folk-rockowa petarda z Trójmiasta. Już za to skąd są ich lubię. Oczywiście najbardziej w tym przypadku liczą się ich walory muzyczne i nieokiełznana koncertowa energia, którą, mam nadzieję, zarażą nas podczas swojego występu na „Jarmarku Łaskim”
                      
                     Kolejny uczestnik „Wniebogłosów” to Bitamina. Nie mogę  doczekać się już ich nowej płyty, która ukazuje się w tym roku. Album „Kwiaty i korzenie” zapowiadają utwory „Na pół” i „Na uchu słonia”, dwa naprawdę udane nagrania. Zawsze lubiłem łączenie hip-hopu z jazzowymi i elektronicznymi klimatami, dlatego ta ekipa jest mi muzycznie dość bliska. Czy to w formie  eksperymentalnej, która znalazła swoje odzwierciedlenie na instrumentalnym albumie „C”, czy bardziej piosenkowej, ale równie dobrej i ambitnej jak na płycie „Kawalerka”. Grupa ma też na koncie współpracę z Dawidem Podsiadło, której owocem jest świetny utwór „Nikt”. W trakcie występu Bitaminy szykujcie się na duży zastrzyk zakręconej i pozytywnej  energii.
                      
            Twórczość kolejnego artysty, który wystąpi na tegorocznym „Jarmarku Łaskim”, czyli Limboskiego poznałem w dość ciekawych okolicznościach. Mam kolegę, z którym łączą mnie podobne zainteresowania muzyczne. Kiedyś po koncercie jednego z naszych ulubionych artystów gościłem u niego i jego rodziny w domu i oczywiście gadaliśmy o muzyce. W pewnym momencie kolega podarował mi pewną płytę i stwierdził, że muszę tego koniecznie posłuchać w wolnej chwili, bo ma przeczucie, że może mi się spodobać.  Okładka była skromna, tekturowa,  album sprawiał wrażenie wydanego trochę chałupniczo.  Nazwa artysty nic mi nie mówiła. Jednak takie prezenty przyjmuję z przyjemnością, zabrałem ją ze sobą do domu, płytę odpaliłem i… zagrało! Kolega dobrze przewidział, że może mi się spodobać ten kawał mięsistego, dzikiego i surowego bluesa. To był album Limboskiego „Tribute To George Buck”. Od tego czasu minęło już ładnych parę lat, artysta przez ten czas stał się mocno rozpoznawalny, zdążył nagrać kilka wyjątkowo udanych płyt, a ja z przyjemnością śledzę dalszy rozwój jego kariery. Limboski stale poszerza swoją paletę brzmień, oprócz bluesa mamy do czynienia z folkiem, country, garażowym rockiem, korzennym rock’n’rollem czy gospel. W zeszłym roku wydał bardzo dobrą płytę „Poliamoria”, a niedawno wyszedł singiel „Kino Nocne”, który zapowiada nową płytę. Pragniecie szczerości i zaangażowania? Trochę ballad i trochę rockowego brudu? Wyrosłej z amerykańskiej muzycznej tradycji, jednak w pełni oryginalnej artystycznej wypowiedzi? Koniecznie wybierzcie się na koncert Limboskiego!
                                         
                       Na koniec festiwalu „Wniebogłosy” wystąpi grupa, który już właściwie sobie zasłużyła na miano jednego z najważniejszych zespołów rockowych jakie kiedykolwiek istniały w Polsce. Piszę rockowych, ale to bardzo duże uogólnienie, bo ich twórczość wymyka się wszelkim ograniczeniom stylistycznym.  Mowa tu oczywiście o LAO CHE. Już dzięki wydaniu swojego debiutanckiego albumu pt: „Gusła” nieźle namieszali na naszej rodzimej scenie. Natomiast drugą płytą, czyli „Powstaniem Warszawskim” przeszli właściwie do historii polskiej muzyki. Choćby ze względu na wyjątkowość tego przedsięwzięcia. Album był po części słuchowiskiem, po części albumem koncepcyjnym szeroko komentowanym i wysoko ocenianym.          Panowie jednak na tym nie poprzestali, obrali inny kurs, a kolejna płyta „Gospel” była równie dobra. Mocno uduchowiona, traktowała o poszukiwaniu Boga. Następny album „Prąd stały/Prąd zmienny” to kolejna zmiana kierunku. Co ciekawe, u nich częsta zmiana stylistyk, gatunków, to ciągłe poszukiwanie nie sprawia wrażenia chaosu a wręcz przeciwnie, przemyślanego działania artystycznego. Wiarygodnego i pełnego pasji. Jakże wymowne jest to, że LAO CHE wystąpi na „Jarmarku Łaskim” właśnie 
1 czerwca, czyli w „Dzień Dziecka”. Panowie cztery lata temu wydali płytę pt: „Dzieciom”.  Tytuł jest trochę przewrotny, bo album jest przeznaczony raczej dla dorosłych, ale chodzi tutaj o patrzenie na świat przez pryzmat dziecka. Właśnie, postarajmy zachować się dziecięcą wrażliwość i postrzeganie świata również w dorosłym życiu. Koncert LAO CHE, to będzie piękne zakończenie i zwieńczenie „WnieboGłosów”.


sobota, 6 kwietnia 2019

Tymański i Spaleniak, dwóch panów zmierzających w stronę Łaskiego Domu Kultury.

                                   (ilustracja Aga Świstek - Malagi)


                             Kto już miał do czynienia z Łaskim Domem Kultury ten wie, że od jakiegoś czasu staramy się uczynić z teoretycznie przeciętnego dnia tygodnia, jakim jest środa, artystyczne święto. A kto nie wie, to w kwietniu z pewnością się przekona. Bo wśród codziennej, ale oczywiście niebanalnej i ciekawej działalności szykujemy dwa koncerty bardzo ważnych dla mnie artystów. Mam nadzieję, że po swoich występach staną się ważni również dla Was. 

                             Dawno temu, w latach 80. było sobie takie zjawisko jak Trójmiejska Scena Alternatywna. Powiew muzycznej świeżości z wybrzeża, skutecznie wietrzącej naszą zatęchłą rzeczywistość. Zresztą, właściwie nie tylko muzycznej, to co stamtąd wtedy artystycznie wychodziło, wykraczało daleko poza granice zwykłej i codziennej działalności kulturalnej. Warto wspomnieć choćby formację TotArt. Dziki performance, nieustanna prowokacja, absurdalne i wykraczające poza wszelkie granice poczucie humoru, to była ich metoda. I to w niej działał młody Tymon Tymański, nasz kwietniowy gość.

                             Ja z jego talentem zetknąłem się później, w pierwszej połowie lat 90. przy okazji dwóch zespołów - Miłość i Kury. Mogę bez przesady powiedzieć, że pierwsza formacja zrewolucjonizowała naszą scenę jazzową. A właściwie jeszcze z paroma innymi formacjami stworzyła nową, odrębną i oryginalną muzyczną jakość, zwaną później "yassem". Cała dyskografia Miłości jest godna polecenia, ja jednak stawiam na "Taniec smoka" z 1994 roku i koncertowy album "Not Two" nagrany wspólnie z amerykańskim trębaczem jazzowym Lesterem Bowie.

                            Kury natomiast to była trochę inna muzyczna bajka, bardziej pastiszowa. Szczególnie to zagrało przy okazji dobrze przyjętej przez krytyków i swego czasu popularnej płyty "P.O.L.O.V.I.R.U.S". Ja sam do tej pory potrafię zanucić "Jesienną deprechę".

                           Na wymienienie wszystkich artystycznych dokonań Tymona Tymańskiego nie starczyłoby miejsca w całym numerze "RamPaPam". Może jednak tylko wspomnę o wyjątkowym koncercie jaki kiedyś udało mi się zobaczyć w Zduńskiej Woli. Artysta przyjechał wówczas z projektem Tymon & The Transistors i razem ze swoimi kolegami dał wyjątkowo energetyczny koncert przesiąknięty pozytywną energią. Bo trzeba przyznać, że scena to żywioł tego artysty. Otwartość na publiczność, gawędziarstwo, sowizdrzalstwo, zdolność sypania anegdotami to jego mocne strony. Przyszykujcie się na to 24 kwietnia w Łaskim Domu Kultury!.



                                     (ilustracja Aga Świstek - Malagi)

                        Jednak wcześniej, 10 kwietnia szykujcie się na inny wyjątkowy koncert. Daniel Spaleniak to muzyk z zupełnie innego pokolenia niż Tymon Tymański. I o zupełnie innym temperamencie. Na koncertach (wiem, bo widziałem) spokojny, skupiony i wyciszony. Co nie zmienia faktu, że jego występ również niesie dawkę potężnej, tyle, że nieco innej energii. Takiej, która będzie moim zdaniem idealnie pasowała do miejsca jaki jest "Galeria z Fortepianem" Łaskiego Domu Kultury.

                        Muzyk wydał już cztery płyty. Trzecia, zeszłoroczna "Life Is Somewhere Else" została nominowana do najważniejszej polskiej muzycznej nagrody, czyli "Fryderyków 2019" w kategorii "Album Roku Blues/Country". Można się zastanawiać, czy to idealna kategoria dla artysty, bo jego muzyka zdecydowanie wykracza poza te gatunki, jest oniryczna, kontemplacyjna, pełna barw i kolorów

                        Obecnie Daniel Spaleniak promuje swój najnowszy, tegoroczny i już zbierający bardzo dobre recenzje album "Burning Sea".

                        Wracając do opisu jego muzyki, to używany jest przymiotnik "filmowa". I tu mamy do czynienia z ciekawym fenomenem. Artysta bowiem został zauważony w USA, a jego utwory wykorzystano w kilku bardzo dobrych serialach. Ja akurat sobie cenię Netflixowy "Ozark", opowieść o niby zwykłej rodzinie, jednak uwikłanej w wyjątkowo ciemne interesy i pełne przemocy zależności. Do tej mrocznej układanki idealnie wpasował się piękny utwór Daniela Spaleniaka "Dear Love Of Mine". Amerykanie już poznali się na tej mieszance alternatywnego folku i bluesa, 10 kwietnia w Łaskim Domu Kultury poznamy się i my. 


                        Daniel Spaleniak i Tymn Tymański. Dwa inne światy muzyczne. Dwa wyjątkowe kwietniowe koncerty w Łaskim Domu Kultury.

sobota, 12 stycznia 2019

Co tam panie w...muzyce, czyli ulubione zagraniczne płyty 2018 roku.

                    Tak się zastanawiam, co by było, gdyby...gdyby np: muzyka wzbudzała tyle samo emocji, co inne dziedziny życia. Choćby takie jakie wzbudza polityka. Już widzę te zdecydowane wpisy na portalach społecznościowych "Wspieram The Rolling Stones!", "Murem za  Iggy'm Popem!" czy "The Prodigy, rozliczymy was (przykładowo za ostatnią płytę)". A w skrajnych przypadkach facebook kipiący od deklaracji w stylu "ludzi, którzy nie lubią Queen proszę o opuszczenie grona moich znajomych". Albo ogólnopolski strajk czy protest w sprawie wysokich cen biletów na koncerty, które funduje nam pewna wielka agencja koncertowa. No wiem, trochę mnie poniosło, póki co takie problemy chyba nam nie grożą. 

                        Ja natomiast miałem duży problem z wybraniem 10 najlepszych płyt 2018. To był naprawdę udany muzycznie rok, więc wybrać, powiedzmy 50, proszę bardzo, ale 10? Jednak narzuciłem sobie żelazną dyscyplinę, dokonałem selekcji negatywnej i choć się mocno spociłem a ręka drżała przy skreśleniach to mamy ostatecznych zwycięzców. Przy czym słowo "najlepsze" może nie jest właściwe, lepsze będzie po prostu "ulubione". Oto ta dziesiątka (kolejność dowolna) wraz z krótkim uzasadnieniem.



MUDHONEY "Digital Garbage"





                               Jakie zespoły przychodzą wam na myśl, kiedy słyszycie słowo "grunge"? Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden? Bardzo dobrze, dostatecznie, jak powiedziałby dyrektor szkoły z filmu Stanisława Barei "Poszukiwany, poszukiwana". Oczywiście one uczyniły ten gatunek sławnym i popularnym przez pewien okres, jednak wcześniej byli oni, Mudhoney. I jako nieliczni z tej bajki przetrwali. Nigdy nie byli zbyt popularni, za to niesłychanie wpływowi. Jednak do mojej dziesiątki nie trafili za oczywiste zasługi, lecz za ostatni album. Klasyczny grunge'owy band nagrywa dla klasycznej wytwórni Sup Pop świetną, gitarową, brudną, garażową płytę, panowie cały czas w formie.





JANELLE MONAE "Dirty Computer"


                          Coś z zupełnie innej bajki, ale mieszczącej się jak najbardziej w moich upodobaniach. Czyli przedstawicielka soulowo-funkowego brzmienia, podanego jednak w bardzo nowoczesny sposób. Choć artystka nie boi się nawiązywać do klasyki, już na otwarcie płyty w tytułowym utworze otrzymujemy świetny duet z Brianem Wilsonem z Beach Boys. Mnie dużo radości zajęło też tropienie wpływów nieodżałowanego, genialnego Prince'a, a jest ich na płycie całkiem sporo (z zabójczym "Make Me Feel" na czele). Choć mimo tych zacnych wpływów Janelle Monae to na wskroś oryginalna wokalista, która po prostu w 2018 roku nagrała bardzo dobrą płytę.






ESBJORN SVENSSON TRIO "E.S.T.  Live in London


                                      Musi być też jazzowo. Przyznam, trochę oszukuję, ale tylko trochę. Bo to jest właściwie nowa płyta, jednak nie z premierowym materiałem. To zapis koncertu z 2005 roku, które E.S.T. dało w londyńskim Barbican Centre. Oni wtedy byli w szczytowej formie (i artystycznej i koncertowej) o czym miałem okazję przekonać się chwilę wcześniej, widząc ich w listopadzie 2014 roku na Międzynarodowym Festiwalu Pianistów Jazzowych w Kaliszu. I mogę otwarcie powiedzieć, że był to jeden z najważniejszych koncertów w moim życiu. Tragiczna śmierć Esbjorna Svenssona sprawiła, że nie dane już mi będzie zobaczyć ich razem na żywo, ale ta płyta przywołuje te najlepsze muzyczne (i nie tylko) wspomnienia.


                                                            





IDLES "Joy as an Act of Resistance"




                                     Punk's Not Dead? Jeżeli własnie taki to ja nie mam nic przeciwko! Taki, czyli brzmiący wyjątkowo świeżo i witalnie. Z nimi zresztą też mam koncertowe wspomnienia, pamiętam jak roznieśli swoją energią "Scenę Trójki" na Off Festiwalu w 2017 roku. Wtedy byli jeszcze słabo znani, zaraz po debiucie, teraz po wydaniu drugiej płyty w rodzimej Anglii bardzo ich chwalą. I ja muszę się z Wyspiarzami zgodzić. Bardzo dobry "angry band from U.K" z inteligentnym podejściem.








DEAFHEAVEN "Ordinary Corrupt Human Love"   


                                       

                                      Temat jeszcze dociążamy, no bo jak zakwalifikować ten zespół? Black metal, post-metal? Wszystkie etykietki, których użyjemy w przypadku Deafheaven trochę zawodzą. A już zawodzą w przypadku tej konkretnej płyty. Panowie z albumu na album ciągle się rozwijają i nie dają zaszufladkować. To momentami bardzo ostre, ale też niesłychanie (na swój sposób) nastrojowe i melancholijne granie. Na czele z "Night People" nagranym z gościnnym udziałem Chelsea Wolfe. Nie słuchać w zupełnej ciemności, bo można za bardzo ulec mrocznemu czarowi tej płyty. Aha, i też skojarzenie koncertowe, panowie dali jesienią w Warszawie jeden z najlepszych występów jakie widziałem w 2018 roku.





GLEN HANSARD "Between Two Shores"



                                  Tutaj już nie będzie skojarzeń koncertowych...choć może jednak. Glen Hansard zagra w maju dwa koncerty w Warszawie, a ja mam zamiar być przynajmniej na jednym z nich. Szczególnie po usłyszeniu tak znakomitej płyty jak "Between Two Shores".  Akurat twórczość tego irlandzkiego artysty śledzę od dawna, podobała mi grupa The Frames, podobał mi się film "Once" z oscarowym utworem "Falling Slowly", podobały mi się poprzednie jego solowe płyty. Nie inaczej jest z jego ostatnim albumem. Trochę folkowych, trochę rockowych brzmień, urzekające ballady ("Why Women", "Wreckless Heart"), akustyczne perełki (Movin' On). Wszystko to trochę w stylu i klimacie Vana Morrisona, co nie jest zarzutem tylko zdecydowanie mi pasuje.







JACK WHITE "Boardind House Reach"



                                     W swojej wcześniejszej recenzji tej płyty nawiązałem do skeczu Monty Pythona pt. "Dezorientacja kota". Bo nieźle pan Jack zdezorientował tym albumem swoich fanów. I mnie też. Napisałem wtedy coś w stylu, że postanowił zmylić trop, skręcić w boczną uliczkę, wpaść do przebieralni w sklepie, założyć perukę i dokleić wąsy. Jednym słowem Jack White spróbował być artystycznie kimś innym niż dotychczas. Bałem się czy to się na dłuższą metę uda. Nadal się trochę boję, ale muszę też przyznać, że całkiem niedawno wróciłem do tej płyty...i znakomicie się jej słucha! I o to w sumie chodzi, to co ja będę tutaj wybrzydzał i wydziwiał. 







THE BREEDERS "All Nerve"



                                         Niby się cieszę, że The Pixies istnieją, nagrywają, jednak bez Kim Deal, jak to śpiewają w pewnej piosence, "to już nie to samo". Jednak jak też mawiają, "nie ma tego złego..." i mamy oto taki dobry krążek. I to stworzony w składzie, który ostatnio był odpowiedzialny za nagrany ponad 25 lat temu "Last Splash". Album uznawany za jedną z lepszych i ciekawszych płyt lat 90. Ten najnowszy może tak klasycznego statusu nie osiągnie, ale w mojej pamięci pozostanie. Już sama wytwórnia dla której został nagrany budzi moją sympatię (4AD). "All Nerve" nie jest zbyt długa, trwa zaledwie niecałe 34 minuty, ale to dobrze, od początku do końca trzyma poziom i nie ma na niej wypełniaczy. Interesujące i inspirujące nawiązanie do alternatywnego grania z lat 90.


                                          





AVANTDALE BOWLING CLUB "Avantdale Bowling Club"



                                       Muszę przyznać, że wiele radości sprawia mi szukanie i wygrzebywanie jakichś nowych muzycznych wynalazków. O tym artyście nie wiedziałem wcześniej praktycznie nic. Nadal w sumie mało wiem...ale wiem jedno, to jest świetne! Jazzowo-hip-hopowy projekt gościa, który nazywa się Tom Scott, prosto z Nowej Zelandii. Więcej nie będę się rozpisywał, po prostu posłuchajcie tego co wrzucam poniżej, a całą płytę można znaleźć na bandcampie. Ja od jakiegoś czasu słucham namiętnie i nie mogę się oderwać.




CLUTCH "Book Of Bad Decisions"


                                Chciałbym to podsumowanie zakończyć z przytupem, a kto nie zapewni lepszego przytupu niż ci goście. Już od początku lat 90 panowie serwują porywającą (dla mnie) mieszankę stoner rocka, metalu, funku, bluesa i co tam jeszcze. Nie inaczej jest na tej płycie. Niby cięższe brzmienie, ale zagrane z niebywałym polotem. Plus poczucie humoru i dystans do siebie. Mam też takie wrażenie, że na "Book Of Bad Decisions" panowie swoje cięższe brzmienia doprawili jeszcze większą ilością funku, co sprawia, że album nieźle buja i można nawet przy nim (uwaga, będzie odważna teza) tańczyć. Poniższy utwór ładnie to ilustruje. Aha, nieustające podziękowanie za koncert  w 2016 na Off Festiwal, w trakcie którego prawie wyskoczyłem z trampek.  I to by było na tyle, mam nadzieję, że rok 2019 będzie muzycznie równie udany.



niedziela, 11 listopada 2018

Brzmienia niepodległości



Stulecie odzyskania niepodległości. Nie ma chyba w najbliższym czasie drugiego takiego jubileuszu, która by mógł nas, Polaków, bardziej połączyć i zjednoczyć. Bo ostatnio raczej potrafimy się różnić, i to w dodatku często niepięknie. Mamy ważną rocznicę. A co gdybyśmy świętowali ją od strony muzycznej? Bo przecież powszechnie wiadomo, że ta łagodzi obyczaje, poprawia wydajność umysłową, zmusza do myślenia, ale też wciąga do zabawy. Ja przeprowadziłem taki eksperyment i wybrałem swoją dziesiątkę. Dziesiątkę utworów muzycznych konkretnych wykonawców czasem z kompletnie różnych bajek stylistycznych. Jednak mających cechę wspólną, bo traktujących o naszym kraju i nas samych. Albo po prostu takich, które mnie się tak kojarzą. Jako, że to wybór wysoce subiektywny, nie ma tu lepszych, gorszych i kolejność jest dowolna.

KULT „Arahja” - Tekst tego utworu pierwotnie traktował o Murze Berlińskim, symbolu podziału Niemiec. Muru już dawno nie ma, Niemcy się zjednoczyły, a dla mnie po latach słowa nabrały jeszcze innego charakteru:

Mój dom murem podzielony
Podzielone murem schody
Po lewej stronie łazienka
Po prawej stronie kuchenka...”

Przecież to o nas samych! O naszym dramatycznie podzielonym społeczeństwie. Kazik, prorok jaki czy co?


LUXTORPEDA „ Hymn” - Tu przekaz jest konkretny, prosty lecz szlachetny. Utwór powstał dla drużyny rugby grającej na wózkach inwalidzkich. Idealny, żeby zachęcić do sportowej walki Podejrzewam, że byłby równie idealny do zagrzewania do innej walki, gdyby nasza niepodległość byłaby jeszcze kiedykolwiek zagrożona.

Kiedy duch i serce jest silniejszy niż ciało
To ból wśród nieszczęść uczynił cię skałą
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość
Ty wśród nich wyciągasz rękę po wygraną...”



MAREK GRECHUTA „Ojczyzna” - Nie samą walką człowiek żyje. Przechodzimy na pozycje poetyckie i chwalimy naszych sławnych przodków, naszą mowę ojczystą. Idealny utwór na wszelkie akademie „z okazji”, bo wysoce patriotyczny, ale też liryczny i nie nudny. Poza tym, wiadomo, Marek Grechuta.

I dzisiaj ty żyjesz w kraju tak bogatym
historią swą, mową, sztuką te trzy kwiaty
trzymasz w swych rękach jak schedę pokoleń
muszą wciąż kwitnąć by kraj dalej trwał...”



ŁONA I WEBBER „Gdzie tak pięknie” - Hip-hopowy reprezentant w tym gronie. Cenię tych dwóch panów za dużą umiejętność dobrego ubrania w słowa swoich niebanalnych społecznych obserwacji. Mimo tego, że trochę nam się tutaj, jako Polakom dostaje.

Gdzie dwóch Polaków, trzy poglądy, a włos jeden
I dzielą go na cztery, pięć, sześć, siedem...”



OBYWATEL G.C. „Nie pytaj o Polskę” - Tak, wiem, ten utwór to pewniak, przebój, niemiłosiernie eksploatowany przy okazji różnych podsumowań. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że sobie na swoją popularność zapracował. To swego rodzaju patriotyczny erotyk, Grzegorz Ciechowski potrafił z dużą czułością opisać swoje trudne uczucia do ojczyzny.

Nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej
Nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie
Nie pytaj mnie, dlaczego ciągle chcę
Zasypiać w niej i budzić się...”


MAANAM „Krakowski spleen. - Kolejny klasyk, którego tutaj nie może zabraknąć. Spleen, czyli ponury nastrój, stan przygnębienia, apatia. Utwór pochodzi z trzeciej płyty zespołu pt. „Nocny patrol”, która właśnie oddawała niezbyt wesoły klimat ciężkiego okresu stanu wojennego. Dla mnie jednak „Krakowski spleen” to piosenka o nadziei. Kiedy Kora śpiewa w refrenie, już wiem, że po prostu musi być lepiej.


Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne, skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz...”


NOSOWSKA „Polska” - Żeby nie było aż tak poważnie. Ja sam muszę przyznać, że nie wiem kompletnie o czym jest ten utwór, ale wiem, że zawsze chętnie głowę umoczę w Bałtyku a stopę oprę o Giewont. Bo piękny jest nasz kraj.

Śledzę wędrówkę słońca
Leżę, pode mną Polska
[…]
Pode mną patchwork z województw
I drobnych łatek powiatu
Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont”


CZESŁAW NIEMEN – „Dziwny jest ten świat”

A jednak często jest,
że ktoś słowem złym
zabija tak, jak nożem...”

W dobie internetu ta prawda jest jeszcze bardziej aktualna...

Nadszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie”

Nie, nie jestem tak naiwny, żeby w to uwierzyć, choć bardzo bym chciał. Jednak może przy okazji stulecia niepodległości przyjdzie nam do głowy choć jedna myśl o tym, że różnice nas dzielące nie muszą od razu oznaczać nienawiści.


KABARET STARSZYCH PANÓW „Uśmiechnij się, Polaku”

Uśmiechaj się, Polaku
A może ktoś z rodaków
Innemu odśmiechnie
Aż da się powszechnie
Uśmiechem wciągnąć nację
W pogodną demokrację
Uśmiechaj się...”

Kiedy głos zabierają Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski nie potrzeba już niczego dodawać...


DAWID PODSIADŁO „Małomiasteczkowy” - Ostatni (i przy okazji najnowszy) utwór na mojej liście.

„Małomiasteczkowa twarz
Małomiasteczkowa głowa
Małomiasteczkowy styl
Małomiasteczkowo kocham...”

Przewrotna pochwała małomiasteczkowości? I bardzo dobrze! Duże miasta (niektóre) są piękne, ale kochajcie też swoje małe ojczyzny. Tutaj można się realizować i zrobić wiele dobrego.



piątek, 27 lipca 2018

OPEN'ER 2018


Pogoda wytrzymała. To był jeden z tych wyjątkowych Open'erów, nie dręczonych przez deszcz. Pewnie ucierpiała na tym festiwalowa moda (ograniczone możliwości prezentacji wymyślnych kaloszy i płaszczy przeciwdeszczowych) natomiast była to bardzo miła odmiana po zeszłorocznej, brzydkiej, nękającej uczestników permanentną wilgocią aurze. Jednak Open'er 2018 nie był tylko pod tym względem wyjątkowy. Chodzi też o frekwencję. Organizatorzy kolejno ogłaszali, że najpierw rozeszły się bilety na ostatni dzień festiwalu (pewnie siła przyciągania Bruno Marsa, rozumiem mniej), później na czwartek (tutaj wiadomo, Depeche Mode, rozumiem bardziej), a na końcu poszła wiadomość, że już cała edycja została całkowicie wyprzedana. Podobno taka sytuacja w przeszłości zdarzyła się tylko raz, w 2010, kiedy pierwszego dnia grało Pearl Jam (sam pamiętam jaki był ścisk pod sceną). Cała ta sytuacja zaowocowała kilkoma wymownymi scenkami jak choćby widokiem mocno zdezorientowanej pary z nastoletnim dzieckiem, kompletnie nie rozumiejącej tego, że nie może tego samego dnia kupić biletu na Depeche Mode ("przecież to się wcześniej nie zdarzało!").

A czy było wyjątkowo pod względem artystycznym? Powiem tak: momenty były. Przede wszystkim dla mnie osobiście był duży rozrzut pod względem siły rażenia jeżeli chodzi o poszczególne dni. Używając uprawnionej w tym czasie terminologii piłkarskiej środa i czwartek były niczym Francja, Chorwacja, Belgia i Anglia na Mistrzostwach Świata. Natomiast piątek i (szczególnie) sobota to... nie powiem, że Polska, bo do tak beznadziejnego poziomu jaki prezentowała nasza reprezentacja Open'er nigdy się nie zniżył, jednak osobiście dla mnie atrakcji koncertowych było już zdecydowanie mniej.

Zacznijmy od ekipy jednego (podobno tego sympatyczniejszego) z braci Gallagherów, czyli NOEL GALLAGHER'S HIGH FLYING BIRDS. Gdzieś tam słyszałem wybrzydzanie na ten koncert, jednak dla mnie wszystko było w jak najlepszym porządku. Ja wiem, u nas Oasis nigdy nie cieszyło się specjalną popularnością, teraz też jakiegoś szału pod sceną nie było. Co najbardziej mi zostanie w pamięci? Wykonanie "Little By Little", nic nie poradzę, ten numer zawsze na mnie działa. I do tego  od razu przed oczami mam video do tego kawałka, w którym występuje jeden z moich ulubionych aktorów Robert Carlyle. Aha, i ta flaga Manchester City na scenie, wiadomo nie od dziś komu Noel kibicuje. 

Jednak nie oszukujmy się, pierwszego dnia najważniejsi byli NICK CAVE & THE BAD SEEDS. Tylko ta godzina, niby 20:00, ale pełne słońce w natarciu. Czyli teoretycznie nie ma klimatu. Och, jakże się myliłem! Cave i jego kompanii mieli gdzieś słońce i w pełnym rynsztunku (czytaj garniturach) dali jeden z trzech najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu. Niby widziałem już ich tutaj w 2013 i wiedziałem do czego są zdolni, ale w tym roku byli chyba zdolni jeszcze bardziej. Do tego argument w postaci zabójczej setlisty. Coś z zamierzchłych czasów? Proszę bardzo, "From Her to Eternity. Coś z ostatniej płyty? No to na dzień dobry "Jesus Alone". Do tego, trochę za sprawą świetnego serialu "Peaky Blinders" przeżywający swoją drugą młodość "Red Right Hand". Co utwór to mocniejszy cios. Aha, i do tego jak się ma grupę dorównującą charyzmą liderowi (ten niesamowity Warren Ellis), to siła przekazu wzrasta. Na koniec koncertu jeszcze parę szczęściarzy z publiczności zostało przez Nicka zaproszonych na scenę i można ten etap festiwalu zakończyć. Ale nie zapomnieć.

Następni byli ARCTIC MONKEYS. Chętnie bym ich podmienił na godziny występu z Nickiem, ale to oni byli tego dnia headlinerami. Takie czasy. Do tego zdziwił mnie duży ścisk jaki się zrobił chwilę przed ich występem i tłum rozentuzjazmowanej...może nie gimbazy (zresztą to słowo za chwilę już straci sens) co publiczności dziewczęco - nastoletniej. I te piski na widok Alexa Turnera. Ja sam widziałem ich już dwa razy i pamiętając (wtedy) wyglądającego na onieśmielonego lidera Arctic Monkeys, byłem ciekawy jak to teraz będzie wyglądać. I wyglądało nieźle, pan Alex rzeczywiście się wyrobił i teraz to lider pełną gębą. Moim zdaniem nowa płyta im jednak trochę nie wyszła, cenię ich jednak, że coś kombinują i próbują zmieniać. Koncert natomiast wyszedł jak najbardziej, choć przyznaję, że ja do samego końca nie zostałem. Musieliśmy się z kolegą dziarsko przedzierać przez bawiący się tłum, żeby zdążyć na występujący na Tent Stage FLEET FOXES. Gdybym jednak wiedział, jak wypadną to bym się tak nie spieszył. Tym razem nie zagrało, jakoś tak bez przekonania i zaangażowania, jednak zawsze z przyjemnością wrócę do ich płyt.

Bez żalu przemieściłem się na Alter Stage, żeby zobaczyć DEAD CROSS. Wiadomo, Mike Patton czy Dave Lombardo, nazwiska zobowiązują. Takiego czadu i muzycznej rozpierduchy ja na Open'erze jeszcze chyba nie widziałem. Było ostro, mocno, szybko i w ogóle wszystko na full. Momentami jednak też chaotycznie, gdzieś w tym czadzie gubiły się (niemałe przecież) umiejętności muzyków. Sytuację ratowała charyzma i radosna konferansjerka pana Pattona. Ten gość jest zdrowo walnięty (ale pozytywnie). Urządził konkurs w stylu "kto z publiczności ma najgorszą metalową koszulkę na sobie", później zaprosił jakiegoś klasycznego metalowca na scenę, żeby zrobił pokaz headbangingu. Najciekawiej zrobiło się na koniec kiedy na bis dostaliśmy 3 w 1, czyli "Raining Blood" Slayera "Epic" Faith No More i "Nazi Punks Fuck Off"  Dead Kennedys. W ostatecznym rozrachunku zdecydowanie na plus. Jeszcze tylko z lekka ogłuszony zrelaksowałem się przy przyzwoitym występie tanecznego CHVRCHES i pierwszy dzień festiwalu można było zamknąć.

W drugi dzień wyruszyłem samochodem dosyć wcześnie, wiedząc kto ma dzisiaj występować i jakie korki mogą być z tego powodu. Już na parkingu wiadomo było, do kogo należy ten dzień. Wszystko wyglądało na jakiś zlot depechowców. Ja tym czasem zacząłem od ORGANKA, sporo już jego koncertów widziałem, nigdy mnie nie zawiódł i tak było też tym razem. Później poszedłem oglądać szkockich hip-hopowców z YOUNG FATHERS, którzy dali naprawdę energetyczny koncert (kawałek "Toy" prześladuje mnie do tej pory).

Jednak tego dnia najbardziej chciałem zobaczyć DAVIDA BYRNE'A. W Polsce pewnie nie do końca, ale w USA to jednak człowiek-legenda. Dla mnie Talking Heads na zawsze pozostanie jedną z najważniejszych grup. Bardzo się nastawiałem na jego występ, jednak do końca nie wiedziałem co mnie spotka. A spotkał mnie jeden z najlepszych koncertów jakie w życiu widziałem! Choć koncert to może nie do końca dobre słowo opisujące to przedsięwzięcie. On ze swoją niesamowitą grupą pokazał spektakl, muzyczny intelektualny wykład oraz performance, który na długo zostanie mi w pamięci.

Ponieważ nie zamierzałem opuścić ani sekundy z tego występu wybitnego artysty, na koncert DEPECHE MODE dotarłem lekko spóźniony. Miało to swoje konsekwencje ponieważ ścisk był taki, że już zbyt blisko sceny nie dało się podejść. Rzadko oglądam koncerty z naprawdę daleka, tu tak musiałem. I to niestety wpłynęło mocno na mój odbiór. Zawsze się zastanawiam, po co ludziska lezą na koncerty, jeżeli w trakcie niego nie robią nic innego, tylko gadają między sobą albo przez telefon. Ja rozumiem jakąś spontaniczną wymianę zdań na temat koncertu w jego trakcie,  ale permanentne, niekończące się szczebiotanie? I to pań i panów w koszulkach Depeche Mode i uważających się za ich fanów. Takie "piknikowe" podejście do festiwalu zawsze było mi obce. A sam występ? Był ok, ale z Depeche Mode to jednak będę się musiał koncertowo zmierzyć następnym razem.

Na szczęście przy MASSIVE ATTACK udało mi się podejść dużo bliżej sceny. Mam do nich duży koncertowy sentyment, ponieważ pierwszy raz widziałem ich właśnie na Open'erze, wieki temu, w 2004 roku, kiedy to był jeszcze mały festiwal odbywający się na Skwerze Kościuszki w Gdyni. Tym razem zaczęli od falstartu, coś nie zagrało na początku. Jednak kiedy wystartowali po raz drugi, poszli jak walec i dali jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Open'era. Ciężko i mrocznie i nie za wesoło. Porywająco. 

Pierwsze dwa dni były dla mnie najważniejsze, z trzeciego jednak trzeba wyróżnić koniecznie GORILLAZ. Oj, bardzo na bogato się zaprezentowali. Czego tam nie było, chórek, raperzy, pojechane animacje, a wszystko to pod batutą będącego w świetnej formie  Damona Albarna. Rock, hip-hop, soul, funk, imprezka na całego. Moje osobiste wyróżnienie w kategorii "Bawmy się!".

Czwartego dnia został mi spacer. No, może przesadzam, bo pochodząca z Iranu SEVDALIZA zaprezentowała się przyzwoicie, z polskiej strony dobrze wypadli BOKKA i TRUPA TRUPA. Przy okazji zerknąłem na obecnie modne taneczno - popowe YEARS & YEARS. 

A główna gwiazda tego dnia, BRUNO MARS? Powiem tak, nowym Michaelem Jacksonem to on jeszcze nie jest. Ale przyznam się, że całości nie widziałem bo poszedłem oglądać karne w meczu Rosja - Chorwacja. O, i właśnie takich (tylko muzycznych) emocji życzę sobie na Opene'erze 2019.

poniedziałek, 26 marca 2018

Jack White "Boarding House Reach". Nowe szaty Jacka.




Słyszałem o nim już wcześniej, ale tak naprawdę uważniej zacząłem przyglądać się w 2003 roku. Przy okazji odpalenia petardy, która przywracała wiarę w rocka, czyli płyty "Elephant". Właśnie od tego albumu The White Stripes się zaczęło, później była ich pierwsza wizyta w Polsce i (już teraz chyba można spokojnie tak powiedzieć) legendarny koncert w Gdyni na Skwerze Kościuszki w czasie Open'era 2005. Wszystko co później nagrywał w duecie z Meg White, The Raconteurs, The Dead Weather czy ostatnio solowo, raczej mi w większości podchodziło. Podchodziło, więc śledziłem i szedłem jego muzycznym tropem. 

Jednak przy okazji nowej płyty, Jack White postanowił mnie zgubić. Przyspieszyć kroku, skręcić w boczną uliczkę, wpaść do sklepu, schować się w przebieralni, założyć perukę, dokleić brodę, wąsy i wyjść tylnym wyjściem. A ja teraz jak głupi rozglądam się dookoła i nie mogę go rozpoznać.

Właśnie tak się czułem po pierwszych dwóch przesłuchaniach "Boarding House Reach". Gdybym z podobnym nastawieniem zaczął słuchać trzeci raz, chyba nic by z tego nie było. Przewietrzyłem swój umysł i wywaliłem swoje oczekiwania, pragnienia na śmietnik i bez obciążeń podszedłem kolejny raz. Chce po nowemu, niech mu będzie. 

Pierwsze dwa utwory na płycie, "Connected by Love" i "Why Walk a Dog" zaczynają się od jakichś niemrawych, elektronicznych beatów po których moje odczucia są trochę takie jak tytuł skeczu Monty Pythona pt: "Dezorientacja kota". Jednak trzeba przyznać, że soulowy chórek i podkręcenie tempa (w pierwszym numerze), czy kosmiczno-gitarowe zagrywki (w drugim) wyrównują mi ciśnienie. Całkiem przyjemnie robi się przy "Corporation". Czego tu nie ma? Energetyczne funky plus zagrywki w stylu Herbie Hancocka, a do tego dzikie pokrzykiwania Jacka przypominające to, co najlepiej potrafił robić lider The Jon Spencer Blues Explosion. Z tym numerem nie mam najmniejszych problemów! Nie mam też problemów z "Over and Over and Over", gdzie klasyczny Jack White spotyka się z wygibasami w stylu Franka Zappy, i wychodzi mu  jeden z najlepszych utworów w karierze. Świetny też jest "Everything You've Ever Learned", konkretna muzyka i konkretna gadka (The Jon Spencer Blues Explosion znowu się kłania). Zdecydowanie najlepsze momenty na płycie to te, gdzie dzikie funky miesza się z rockiem i na szczęście ich nie brakuje. 

Problem pojawia się, kiedy Jack White chce trochę za bardzo eksperymentować i udziwniać a wtedy zdarza mu się przynudzać. Albo całkiem zatracać swój oryginalny charakter pisma. "Get in the Mind Shaft", ok, nawet przyjemnie się słucha, ale co to ma być, hip-hopowe Air? Do tego pod koniec albumu takie elektroniczne country, które słyszymy w "What's Done is Done" akurat na mnie nie robi większego wrażenia.

Nie wiem czy "Boarding House Reach" jest tylko skokiem w bok, czy stałym kierunkiem. Moim zdaniem, jak na stały kierunek to zbyt chaotyczna i niespójna płyta, jednak z fantastycznymi, dłuższymi momentami. Jeśli Jack White chciał udowodnić jak wszechstronnym jest artystą to w porządku. Mnie jednak od dawna nie musi niczego udowadniać, nadal pozostaje w kręgu najbardziej interesujących i kreatywnych muzyków. Wracam do płyty, może sobie tam jeszcze jakiś smaczek odkryję.


Jack White
"Boarding House Reach"
Third Man/XL Recordings

piątek, 9 marca 2018

"Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul." JAMES McBRIDE




Przyznam się szczerze, że artyści raczej nie są dla mnie autorytetami (zresztą, ja od zawsze miałem problem z wszelkimi autorytetami). Oczywiście jeżeli cenię jakiegoś muzyka, pisarza, czy filmowca, zawsze chętnie posłucham co ma do zakomunikowania światu. Skłamałbym gdybym powiedział, że nie czytam wywiadów, nie słucham wypowiedzi itp. bo staram się wiedzieć co w trawie piszczy. Natomiast nie przyjmuję ich stwierdzeń jako prawd objawionych, nie zapisuję sobie ich złotych myśli, nie daję sobie wciskać przepisów w stylu jak mam żyć i w co wierzyć. Można powiedzieć, że oddzielam twórcę od tworzywa, które zresztą lubię sobie interpretować na swój własny sposób.        W związku z tym nie mam raczej problemów z przyjęciem do wiadomości tego, że ktoś, kto tworzy wspaniałą muzykę, pisze świetne książki, kręci wielkie filmy, w życiu prywatnym może być despotą, manipulatorem, chamem, albo zwykłym dupkiem. Jednak rozumiem, że dla kogoś, kto darzy swojego ukochanego twórcę bezgranicznym uwielbieniem, zderzenie się z taką wiedzą może być bolesne.

Jeżeli chodzi natomiast o książki o artystach, to nudzą mnie czołobitne laurki, wolę literaturę, która chce trochę poskrobać i dokopać się do kilku warstw i niejednoznaczności danego człowieka. I tutaj dochodzę do punktu, dla którego w ogóle powstał ten wpis, czyli niedawno wydanej w Polsce książki Jamesa McBride'a "Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul". Ten nieco przydługi tytuł oddaje jednak idealnie jej zawartość.

Autorem tej dosyć nietypowej biografii jest wspomniany wcześniej James McBride, amerykański saksofonista jazzowy, wykładowca, dziennikarz i pisarz. Dlaczego nietypowej? Bo autor pisząc o legendzie soulu i funku, Jamesie Brownie zatacza jednak szersze kręgi społeczne i nie szczędzi gorzkich słów tym dawnym i tym współczesnym Stanom Zjednoczonym. A szczególnie amerykańskiemu Południu (James Brown urodził w Barnwell w Południowej Karolinie). 

 Tak je barwnie opisuje: "Nic w Stanach Zjednoczonych nie może się równać z Południem. Nie ma w tym kraju miejsca, które trudniej byłoby w pełni zrozumieć czy ogarnąć. Żadna książka nie jest w stanie przybliżyć czytelnikom naszego bohatera, Brown bowiem pochodzi z ziem, których nie umie objaśnić żadna literatura, ukształtowanych przez historię niewolnictwa, ucisku i najrozmaitszych nieporozumień, dlatego ich autodefinicja opiera się prostym wytłumaczeniom i nie przyjmuje żadnych znaczeń, jakimi można próbować je opatrzeć. Południe to po prostu zagadka, jest niczym staroświecka, wierna żona, gospodyni domowa, która przez trzydzieści lat patrzyła, jak mąż spędza niedzielne popołudnia rozwalony na kanapie, oglądając mecz, i która w końcu wypala: "Nigdy nie lubiłam twojego taty", wyciąga nóż i raz na zawsze kończy sezon futbolowy małżonka. Już samo usiłowanie zbliżenia się do motywów rozumowania stojącego za takim zachowaniem przypomina próbę dotknięcia słońca nieosłoniętą dłonią: to zawracanie głowy. Nie da się zrozumieć Browna jeśli się nie zrozumie, że kraina, która go wydała, to kraina masek. Zamieszkujący ją ludzie, zarówno biali, jak i czarni, noszą maski, a ponadto maski na tych maskach oraz maski, które wkładają pod te maski".

Ten dłuższy cytat moim zdaniem świetnie oddaje brawurowy i pomysłowy, niczym dobra jazzowa improwizacja, styl autora. I chyba zachęca do sięgnięcia po książkę również tych, dla których James Brown nie był kimś bardzo ważnym. Choć oczywiście on tu jest głównym bohaterem. Facet, który przeżył tyle wzlotów i upadków, że można by było nimi obdzielić kilka biografii. Od trudnego dzieciństwa, młodzieńczego pobytu w więzieniu, wielką sławę w latach 60/70 po upadek i kolejny pobyt w więzieniu w latach 80. Jaki był? Portret który wyłania się z tej książki, jest niejednoznaczny. James McBride nie oszczędza artysty, jednocześnie jednak próbuje go zrozumieć. Daje się odczuć na kartach książki jak bardzo go ceni i szanuje. 

Autor dociera do bliskich współpracowników Browna, a oni wspominając go, jednocześnie (też duży plus tej książki) opowiadają swoją historię. W książce wypowiadają się m.in pierwsza żona Jamesa Browna, Velma Warren oraz Nafloyd Scott, jeden muzyków The Famous Flames, grupy w której "soulowy brat numer jeden" zaczynał karierę. Jest też fragment poświęcony nieżyjącemu już przyjacielowi Browna (a tych on miał naprawdę niewielu) Leonie Austinie. Nie chcę wymieniać wszystkich bohaterów i wszystkich wątków (a jest ich dość dużo, wśród nich też dosyć ponury wątek walki o kasę i spuściznę po artyście, która ciągnie się od jego śmierci w 2006 roku), po prostu usilnie namawiam do lektury.

Na koniec jeszcze jeden smakowity cytat z książki, pokazujący, że pisząc o muzyce i muzykach, autor podejmuje trudne kwestie rasowe nie oszczędzając przy tym ani białych ani czarnych: "Większość z nas nie rozumie, jaki to ból słyszeć, że wielkiego bluesmana Roberta Johnsona nazywa się "legendą", jeżeli się wie, że ten nieszczęśnik nie był w latach dwudziestych niczym więcej niż Afrika Bambaataa albo Kool Herc, pionierzy rapu z południowego Bronxu, którzy praktycznie popadli w zapomnienie, gdy przemysł nagraniowy sięgnął po ich utwory - pierwotnie pisane po to aby dać poczucie własnej wartości ubogim dzieciom i kobietom z rodzin robotniczych z lokalnych społeczności murzyńskich - i zmienił je w piosenki zachęcające młodych, by bili swoich bliźnich, okradali kobiety, chlali ile wlezie i strzelali sobie w łeb z zazdrości o adidasy".

Raz jeszcze polecam mocno książkę, a ja oddalam się, żeby posłuchać swoich ulubionych płyt Jamesa Browna, funkowo-soulowych petard z 1973 i 74 roku, "The Payback" i "Hell".


"Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul"
James McBride

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Czarne