niedziela, 11 listopada 2018

Brzmienia niepodległości



Stulecie odzyskania niepodległości. Nie ma chyba w najbliższym czasie drugiego takiego jubileuszu, która by mógł nas, Polaków, bardziej połączyć i zjednoczyć. Bo ostatnio raczej potrafimy się różnić, i to w dodatku często niepięknie. Mamy ważną rocznicę. A co gdybyśmy świętowali ją od strony muzycznej? Bo przecież powszechnie wiadomo, że ta łagodzi obyczaje, poprawia wydajność umysłową, zmusza do myślenia, ale też wciąga do zabawy. Ja przeprowadziłem taki eksperyment i wybrałem swoją dziesiątkę. Dziesiątkę utworów muzycznych konkretnych wykonawców czasem z kompletnie różnych bajek stylistycznych. Jednak mających cechę wspólną, bo traktujących o naszym kraju i nas samych. Albo po prostu takich, które mnie się tak kojarzą. Jako, że to wybór wysoce subiektywny, nie ma tu lepszych, gorszych i kolejność jest dowolna.

KULT „Arahja” - Tekst tego utworu pierwotnie traktował o Murze Berlińskim, symbolu podziału Niemiec. Muru już dawno nie ma, Niemcy się zjednoczyły, a dla mnie po latach słowa nabrały jeszcze innego charakteru:

Mój dom murem podzielony
Podzielone murem schody
Po lewej stronie łazienka
Po prawej stronie kuchenka...”

Przecież to o nas samych! O naszym dramatycznie podzielonym społeczeństwie. Kazik, prorok jaki czy co?


LUXTORPEDA „ Hymn” - Tu przekaz jest konkretny, prosty lecz szlachetny. Utwór powstał dla drużyny rugby grającej na wózkach inwalidzkich. Idealny, żeby zachęcić do sportowej walki Podejrzewam, że byłby równie idealny do zagrzewania do innej walki, gdyby nasza niepodległość byłaby jeszcze kiedykolwiek zagrożona.

Kiedy duch i serce jest silniejszy niż ciało
To ból wśród nieszczęść uczynił cię skałą
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość
Ty wśród nich wyciągasz rękę po wygraną...”



MAREK GRECHUTA „Ojczyzna” - Nie samą walką człowiek żyje. Przechodzimy na pozycje poetyckie i chwalimy naszych sławnych przodków, naszą mowę ojczystą. Idealny utwór na wszelkie akademie „z okazji”, bo wysoce patriotyczny, ale też liryczny i nie nudny. Poza tym, wiadomo, Marek Grechuta.

I dzisiaj ty żyjesz w kraju tak bogatym
historią swą, mową, sztuką te trzy kwiaty
trzymasz w swych rękach jak schedę pokoleń
muszą wciąż kwitnąć by kraj dalej trwał...”



ŁONA I WEBBER „Gdzie tak pięknie” - Hip-hopowy reprezentant w tym gronie. Cenię tych dwóch panów za dużą umiejętność dobrego ubrania w słowa swoich niebanalnych społecznych obserwacji. Mimo tego, że trochę nam się tutaj, jako Polakom dostaje.

Gdzie dwóch Polaków, trzy poglądy, a włos jeden
I dzielą go na cztery, pięć, sześć, siedem...”



OBYWATEL G.C. „Nie pytaj o Polskę” - Tak, wiem, ten utwór to pewniak, przebój, niemiłosiernie eksploatowany przy okazji różnych podsumowań. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że sobie na swoją popularność zapracował. To swego rodzaju patriotyczny erotyk, Grzegorz Ciechowski potrafił z dużą czułością opisać swoje trudne uczucia do ojczyzny.

Nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej
Nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie
Nie pytaj mnie, dlaczego ciągle chcę
Zasypiać w niej i budzić się...”


MAANAM „Krakowski spleen. - Kolejny klasyk, którego tutaj nie może zabraknąć. Spleen, czyli ponury nastrój, stan przygnębienia, apatia. Utwór pochodzi z trzeciej płyty zespołu pt. „Nocny patrol”, która właśnie oddawała niezbyt wesoły klimat ciężkiego okresu stanu wojennego. Dla mnie jednak „Krakowski spleen” to piosenka o nadziei. Kiedy Kora śpiewa w refrenie, już wiem, że po prostu musi być lepiej.


Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne, skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz...”


NOSOWSKA „Polska” - Żeby nie było aż tak poważnie. Ja sam muszę przyznać, że nie wiem kompletnie o czym jest ten utwór, ale wiem, że zawsze chętnie głowę umoczę w Bałtyku a stopę oprę o Giewont. Bo piękny jest nasz kraj.

Śledzę wędrówkę słońca
Leżę, pode mną Polska
[…]
Pode mną patchwork z województw
I drobnych łatek powiatu
Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont”


CZESŁAW NIEMEN – „Dziwny jest ten świat”

A jednak często jest,
że ktoś słowem złym
zabija tak, jak nożem...”

W dobie internetu ta prawda jest jeszcze bardziej aktualna...

Nadszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie”

Nie, nie jestem tak naiwny, żeby w to uwierzyć, choć bardzo bym chciał. Jednak może przy okazji stulecia niepodległości przyjdzie nam do głowy choć jedna myśl o tym, że różnice nas dzielące nie muszą od razu oznaczać nienawiści.


KABARET STARSZYCH PANÓW „Uśmiechnij się, Polaku”

Uśmiechaj się, Polaku
A może ktoś z rodaków
Innemu odśmiechnie
Aż da się powszechnie
Uśmiechem wciągnąć nację
W pogodną demokrację
Uśmiechaj się...”

Kiedy głos zabierają Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski nie potrzeba już niczego dodawać...


DAWID PODSIADŁO „Małomiasteczkowy” - Ostatni (i przy okazji najnowszy) utwór na mojej liście.

„Małomiasteczkowa twarz
Małomiasteczkowa głowa
Małomiasteczkowy styl
Małomiasteczkowo kocham...”

Przewrotna pochwała małomiasteczkowości? I bardzo dobrze! Duże miasta (niektóre) są piękne, ale kochajcie też swoje małe ojczyzny. Tutaj można się realizować i zrobić wiele dobrego.



piątek, 27 lipca 2018

OPEN'ER 2018


Pogoda wytrzymała. To był jeden z tych wyjątkowych Open'erów, nie dręczonych przez deszcz. Pewnie ucierpiała na tym festiwalowa moda (ograniczone możliwości prezentacji wymyślnych kaloszy i płaszczy przeciwdeszczowych) natomiast była to bardzo miła odmiana po zeszłorocznej, brzydkiej, nękającej uczestników permanentną wilgocią aurze. Jednak Open'er 2018 nie był tylko pod tym względem wyjątkowy. Chodzi też o frekwencję. Organizatorzy kolejno ogłaszali, że najpierw rozeszły się bilety na ostatni dzień festiwalu (pewnie siła przyciągania Bruno Marsa, rozumiem mniej), później na czwartek (tutaj wiadomo, Depeche Mode, rozumiem bardziej), a na końcu poszła wiadomość, że już cała edycja została całkowicie wyprzedana. Podobno taka sytuacja w przeszłości zdarzyła się tylko raz, w 2010, kiedy pierwszego dnia grało Pearl Jam (sam pamiętam jaki był ścisk pod sceną). Cała ta sytuacja zaowocowała kilkoma wymownymi scenkami jak choćby widokiem mocno zdezorientowanej pary z nastoletnim dzieckiem, kompletnie nie rozumiejącej tego, że nie może tego samego dnia kupić biletu na Depeche Mode ("przecież to się wcześniej nie zdarzało!").

A czy było wyjątkowo pod względem artystycznym? Powiem tak: momenty były. Przede wszystkim dla mnie osobiście był duży rozrzut pod względem siły rażenia jeżeli chodzi o poszczególne dni. Używając uprawnionej w tym czasie terminologii piłkarskiej środa i czwartek były niczym Francja, Chorwacja, Belgia i Anglia na Mistrzostwach Świata. Natomiast piątek i (szczególnie) sobota to... nie powiem, że Polska, bo do tak beznadziejnego poziomu jaki prezentowała nasza reprezentacja Open'er nigdy się nie zniżył, jednak osobiście dla mnie atrakcji koncertowych było już zdecydowanie mniej.

Zacznijmy od ekipy jednego (podobno tego sympatyczniejszego) z braci Gallagherów, czyli NOEL GALLAGHER'S HIGH FLYING BIRDS. Gdzieś tam słyszałem wybrzydzanie na ten koncert, jednak dla mnie wszystko było w jak najlepszym porządku. Ja wiem, u nas Oasis nigdy nie cieszyło się specjalną popularnością, teraz też jakiegoś szału pod sceną nie było. Co najbardziej mi zostanie w pamięci? Wykonanie "Little By Little", nic nie poradzę, ten numer zawsze na mnie działa. I do tego  od razu przed oczami mam video do tego kawałka, w którym występuje jeden z moich ulubionych aktorów Robert Carlyle. Aha, i ta flaga Manchester City na scenie, wiadomo nie od dziś komu Noel kibicuje. 

Jednak nie oszukujmy się, pierwszego dnia najważniejsi byli NICK CAVE & THE BAD SEEDS. Tylko ta godzina, niby 20:00, ale pełne słońce w natarciu. Czyli teoretycznie nie ma klimatu. Och, jakże się myliłem! Cave i jego kompanii mieli gdzieś słońce i w pełnym rynsztunku (czytaj garniturach) dali jeden z trzech najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu. Niby widziałem już ich tutaj w 2013 i wiedziałem do czego są zdolni, ale w tym roku byli chyba zdolni jeszcze bardziej. Do tego argument w postaci zabójczej setlisty. Coś z zamierzchłych czasów? Proszę bardzo, "From Her to Eternity. Coś z ostatniej płyty? No to na dzień dobry "Jesus Alone". Do tego, trochę za sprawą świetnego serialu "Peaky Blinders" przeżywający swoją drugą młodość "Red Right Hand". Co utwór to mocniejszy cios. Aha, i do tego jak się ma grupę dorównującą charyzmą liderowi (ten niesamowity Warren Ellis), to siła przekazu wzrasta. Na koniec koncertu jeszcze parę szczęściarzy z publiczności zostało przez Nicka zaproszonych na scenę i można ten etap festiwalu zakończyć. Ale nie zapomnieć.

Następni byli ARCTIC MONKEYS. Chętnie bym ich podmienił na godziny występu z Nickiem, ale to oni byli tego dnia headlinerami. Takie czasy. Do tego zdziwił mnie duży ścisk jaki się zrobił chwilę przed ich występem i tłum rozentuzjazmowanej...może nie gimbazy (zresztą to słowo za chwilę już straci sens) co publiczności dziewczęco - nastoletniej. I te piski na widok Alexa Turnera. Ja sam widziałem ich już dwa razy i pamiętając (wtedy) wyglądającego na onieśmielonego lidera Arctic Monkeys, byłem ciekawy jak to teraz będzie wyglądać. I wyglądało nieźle, pan Alex rzeczywiście się wyrobił i teraz to lider pełną gębą. Moim zdaniem nowa płyta im jednak trochę nie wyszła, cenię ich jednak, że coś kombinują i próbują zmieniać. Koncert natomiast wyszedł jak najbardziej, choć przyznaję, że ja do samego końca nie zostałem. Musieliśmy się z kolegą dziarsko przedzierać przez bawiący się tłum, żeby zdążyć na występujący na Tent Stage FLEET FOXES. Gdybym jednak wiedział, jak wypadną to bym się tak nie spieszył. Tym razem nie zagrało, jakoś tak bez przekonania i zaangażowania, jednak zawsze z przyjemnością wrócę do ich płyt.

Bez żalu przemieściłem się na Alter Stage, żeby zobaczyć DEAD CROSS. Wiadomo, Mike Patton czy Dave Lombardo, nazwiska zobowiązują. Takiego czadu i muzycznej rozpierduchy ja na Open'erze jeszcze chyba nie widziałem. Było ostro, mocno, szybko i w ogóle wszystko na full. Momentami jednak też chaotycznie, gdzieś w tym czadzie gubiły się (niemałe przecież) umiejętności muzyków. Sytuację ratowała charyzma i radosna konferansjerka pana Pattona. Ten gość jest zdrowo walnięty (ale pozytywnie). Urządził konkurs w stylu "kto z publiczności ma najgorszą metalową koszulkę na sobie", później zaprosił jakiegoś klasycznego metalowca na scenę, żeby zrobił pokaz headbangingu. Najciekawiej zrobiło się na koniec kiedy na bis dostaliśmy 3 w 1, czyli "Raining Blood" Slayera "Epic" Faith No More i "Nazi Punks Fuck Off"  Dead Kennedys. W ostatecznym rozrachunku zdecydowanie na plus. Jeszcze tylko z lekka ogłuszony zrelaksowałem się przy przyzwoitym występie tanecznego CHVRCHES i pierwszy dzień festiwalu można było zamknąć.

W drugi dzień wyruszyłem samochodem dosyć wcześnie, wiedząc kto ma dzisiaj występować i jakie korki mogą być z tego powodu. Już na parkingu wiadomo było, do kogo należy ten dzień. Wszystko wyglądało na jakiś zlot depechowców. Ja tym czasem zacząłem od ORGANKA, sporo już jego koncertów widziałem, nigdy mnie nie zawiódł i tak było też tym razem. Później poszedłem oglądać szkockich hip-hopowców z YOUNG FATHERS, którzy dali naprawdę energetyczny koncert (kawałek "Toy" prześladuje mnie do tej pory).

Jednak tego dnia najbardziej chciałem zobaczyć DAVIDA BYRNE'A. W Polsce pewnie nie do końca, ale w USA to jednak człowiek-legenda. Dla mnie Talking Heads na zawsze pozostanie jedną z najważniejszych grup. Bardzo się nastawiałem na jego występ, jednak do końca nie wiedziałem co mnie spotka. A spotkał mnie jeden z najlepszych koncertów jakie w życiu widziałem! Choć koncert to może nie do końca dobre słowo opisujące to przedsięwzięcie. On ze swoją niesamowitą grupą pokazał spektakl, muzyczny intelektualny wykład oraz performance, który na długo zostanie mi w pamięci.

Ponieważ nie zamierzałem opuścić ani sekundy z tego występu wybitnego artysty, na koncert DEPECHE MODE dotarłem lekko spóźniony. Miało to swoje konsekwencje ponieważ ścisk był taki, że już zbyt blisko sceny nie dało się podejść. Rzadko oglądam koncerty z naprawdę daleka, tu tak musiałem. I to niestety wpłynęło mocno na mój odbiór. Zawsze się zastanawiam, po co ludziska lezą na koncerty, jeżeli w trakcie niego nie robią nic innego, tylko gadają między sobą albo przez telefon. Ja rozumiem jakąś spontaniczną wymianę zdań na temat koncertu w jego trakcie,  ale permanentne, niekończące się szczebiotanie? I to pań i panów w koszulkach Depeche Mode i uważających się za ich fanów. Takie "piknikowe" podejście do festiwalu zawsze było mi obce. A sam występ? Był ok, ale z Depeche Mode to jednak będę się musiał koncertowo zmierzyć następnym razem.

Na szczęście przy MASSIVE ATTACK udało mi się podejść dużo bliżej sceny. Mam do nich duży koncertowy sentyment, ponieważ pierwszy raz widziałem ich właśnie na Open'erze, wieki temu, w 2004 roku, kiedy to był jeszcze mały festiwal odbywający się na Skwerze Kościuszki w Gdyni. Tym razem zaczęli od falstartu, coś nie zagrało na początku. Jednak kiedy wystartowali po raz drugi, poszli jak walec i dali jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Open'era. Ciężko i mrocznie i nie za wesoło. Porywająco. 

Pierwsze dwa dni były dla mnie najważniejsze, z trzeciego jednak trzeba wyróżnić koniecznie GORILLAZ. Oj, bardzo na bogato się zaprezentowali. Czego tam nie było, chórek, raperzy, pojechane animacje, a wszystko to pod batutą będącego w świetnej formie  Damona Albarna. Rock, hip-hop, soul, funk, imprezka na całego. Moje osobiste wyróżnienie w kategorii "Bawmy się!".

Czwartego dnia został mi spacer. No, może przesadzam, bo pochodząca z Iranu SEVDALIZA zaprezentowała się przyzwoicie, z polskiej strony dobrze wypadli BOKKA i TRUPA TRUPA. Przy okazji zerknąłem na obecnie modne taneczno - popowe YEARS & YEARS. 

A główna gwiazda tego dnia, BRUNO MARS? Powiem tak, nowym Michaelem Jacksonem to on jeszcze nie jest. Ale przyznam się, że całości nie widziałem bo poszedłem oglądać karne w meczu Rosja - Chorwacja. O, i właśnie takich (tylko muzycznych) emocji życzę sobie na Opene'erze 2019.

poniedziałek, 26 marca 2018

Jack White "Boarding House Reach". Nowe szaty Jacka.




Słyszałem o nim już wcześniej, ale tak naprawdę uważniej zacząłem przyglądać się w 2003 roku. Przy okazji odpalenia petardy, która przywracała wiarę w rocka, czyli płyty "Elephant". Właśnie od tego albumu The White Stripes się zaczęło, później była ich pierwsza wizyta w Polsce i (już teraz chyba można spokojnie tak powiedzieć) legendarny koncert w Gdyni na Skwerze Kościuszki w czasie Open'era 2005. Wszystko co później nagrywał w duecie z Meg White, The Raconteurs, The Dead Weather czy ostatnio solowo, raczej mi w większości podchodziło. Podchodziło, więc śledziłem i szedłem jego muzycznym tropem. 

Jednak przy okazji nowej płyty, Jack White postanowił mnie zgubić. Przyspieszyć kroku, skręcić w boczną uliczkę, wpaść do sklepu, schować się w przebieralni, założyć perukę, dokleić brodę, wąsy i wyjść tylnym wyjściem. A ja teraz jak głupi rozglądam się dookoła i nie mogę go rozpoznać.

Właśnie tak się czułem po pierwszych dwóch przesłuchaniach "Boarding House Reach". Gdybym z podobnym nastawieniem zaczął słuchać trzeci raz, chyba nic by z tego nie było. Przewietrzyłem swój umysł i wywaliłem swoje oczekiwania, pragnienia na śmietnik i bez obciążeń podszedłem kolejny raz. Chce po nowemu, niech mu będzie. 

Pierwsze dwa utwory na płycie, "Connected by Love" i "Why Walk a Dog" zaczynają się od jakichś niemrawych, elektronicznych beatów po których moje odczucia są trochę takie jak tytuł skeczu Monty Pythona pt: "Dezorientacja kota". Jednak trzeba przyznać, że soulowy chórek i podkręcenie tempa (w pierwszym numerze), czy kosmiczno-gitarowe zagrywki (w drugim) wyrównują mi ciśnienie. Całkiem przyjemnie robi się przy "Corporation". Czego tu nie ma? Energetyczne funky plus zagrywki w stylu Herbie Hancocka, a do tego dzikie pokrzykiwania Jacka przypominające to, co najlepiej potrafił robić lider The Jon Spencer Blues Explosion. Z tym numerem nie mam najmniejszych problemów! Nie mam też problemów z "Over and Over and Over", gdzie klasyczny Jack White spotyka się z wygibasami w stylu Franka Zappy, i wychodzi mu  jeden z najlepszych utworów w karierze. Świetny też jest "Everything You've Ever Learned", konkretna muzyka i konkretna gadka (The Jon Spencer Blues Explosion znowu się kłania). Zdecydowanie najlepsze momenty na płycie to te, gdzie dzikie funky miesza się z rockiem i na szczęście ich nie brakuje. 

Problem pojawia się, kiedy Jack White chce trochę za bardzo eksperymentować i udziwniać a wtedy zdarza mu się przynudzać. Albo całkiem zatracać swój oryginalny charakter pisma. "Get in the Mind Shaft", ok, nawet przyjemnie się słucha, ale co to ma być, hip-hopowe Air? Do tego pod koniec albumu takie elektroniczne country, które słyszymy w "What's Done is Done" akurat na mnie nie robi większego wrażenia.

Nie wiem czy "Boarding House Reach" jest tylko skokiem w bok, czy stałym kierunkiem. Moim zdaniem, jak na stały kierunek to zbyt chaotyczna i niespójna płyta, jednak z fantastycznymi, dłuższymi momentami. Jeśli Jack White chciał udowodnić jak wszechstronnym jest artystą to w porządku. Mnie jednak od dawna nie musi niczego udowadniać, nadal pozostaje w kręgu najbardziej interesujących i kreatywnych muzyków. Wracam do płyty, może sobie tam jeszcze jakiś smaczek odkryję.


Jack White
"Boarding House Reach"
Third Man/XL Recordings

piątek, 9 marca 2018

"Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul." JAMES McBRIDE




Przyznam się szczerze, że artyści raczej nie są dla mnie autorytetami (zresztą, ja od zawsze miałem problem z wszelkimi autorytetami). Oczywiście jeżeli cenię jakiegoś muzyka, pisarza, czy filmowca, zawsze chętnie posłucham co ma do zakomunikowania światu. Skłamałbym gdybym powiedział, że nie czytam wywiadów, nie słucham wypowiedzi itp. bo staram się wiedzieć co w trawie piszczy. Natomiast nie przyjmuję ich stwierdzeń jako prawd objawionych, nie zapisuję sobie ich złotych myśli, nie daję sobie wciskać przepisów w stylu jak mam żyć i w co wierzyć. Można powiedzieć, że oddzielam twórcę od tworzywa, które zresztą lubię sobie interpretować na swój własny sposób.        W związku z tym nie mam raczej problemów z przyjęciem do wiadomości tego, że ktoś, kto tworzy wspaniałą muzykę, pisze świetne książki, kręci wielkie filmy, w życiu prywatnym może być despotą, manipulatorem, chamem, albo zwykłym dupkiem. Jednak rozumiem, że dla kogoś, kto darzy swojego ukochanego twórcę bezgranicznym uwielbieniem, zderzenie się z taką wiedzą może być bolesne.

Jeżeli chodzi natomiast o książki o artystach, to nudzą mnie czołobitne laurki, wolę literaturę, która chce trochę poskrobać i dokopać się do kilku warstw i niejednoznaczności danego człowieka. I tutaj dochodzę do punktu, dla którego w ogóle powstał ten wpis, czyli niedawno wydanej w Polsce książki Jamesa McBride'a "Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul". Ten nieco przydługi tytuł oddaje jednak idealnie jej zawartość.

Autorem tej dosyć nietypowej biografii jest wspomniany wcześniej James McBride, amerykański saksofonista jazzowy, wykładowca, dziennikarz i pisarz. Dlaczego nietypowej? Bo autor pisząc o legendzie soulu i funku, Jamesie Brownie zatacza jednak szersze kręgi społeczne i nie szczędzi gorzkich słów tym dawnym i tym współczesnym Stanom Zjednoczonym. A szczególnie amerykańskiemu Południu (James Brown urodził w Barnwell w Południowej Karolinie). 

 Tak je barwnie opisuje: "Nic w Stanach Zjednoczonych nie może się równać z Południem. Nie ma w tym kraju miejsca, które trudniej byłoby w pełni zrozumieć czy ogarnąć. Żadna książka nie jest w stanie przybliżyć czytelnikom naszego bohatera, Brown bowiem pochodzi z ziem, których nie umie objaśnić żadna literatura, ukształtowanych przez historię niewolnictwa, ucisku i najrozmaitszych nieporozumień, dlatego ich autodefinicja opiera się prostym wytłumaczeniom i nie przyjmuje żadnych znaczeń, jakimi można próbować je opatrzeć. Południe to po prostu zagadka, jest niczym staroświecka, wierna żona, gospodyni domowa, która przez trzydzieści lat patrzyła, jak mąż spędza niedzielne popołudnia rozwalony na kanapie, oglądając mecz, i która w końcu wypala: "Nigdy nie lubiłam twojego taty", wyciąga nóż i raz na zawsze kończy sezon futbolowy małżonka. Już samo usiłowanie zbliżenia się do motywów rozumowania stojącego za takim zachowaniem przypomina próbę dotknięcia słońca nieosłoniętą dłonią: to zawracanie głowy. Nie da się zrozumieć Browna jeśli się nie zrozumie, że kraina, która go wydała, to kraina masek. Zamieszkujący ją ludzie, zarówno biali, jak i czarni, noszą maski, a ponadto maski na tych maskach oraz maski, które wkładają pod te maski".

Ten dłuższy cytat moim zdaniem świetnie oddaje brawurowy i pomysłowy, niczym dobra jazzowa improwizacja, styl autora. I chyba zachęca do sięgnięcia po książkę również tych, dla których James Brown nie był kimś bardzo ważnym. Choć oczywiście on tu jest głównym bohaterem. Facet, który przeżył tyle wzlotów i upadków, że można by było nimi obdzielić kilka biografii. Od trudnego dzieciństwa, młodzieńczego pobytu w więzieniu, wielką sławę w latach 60/70 po upadek i kolejny pobyt w więzieniu w latach 80. Jaki był? Portret który wyłania się z tej książki, jest niejednoznaczny. James McBride nie oszczędza artysty, jednocześnie jednak próbuje go zrozumieć. Daje się odczuć na kartach książki jak bardzo go ceni i szanuje. 

Autor dociera do bliskich współpracowników Browna, a oni wspominając go, jednocześnie (też duży plus tej książki) opowiadają swoją historię. W książce wypowiadają się m.in pierwsza żona Jamesa Browna, Velma Warren oraz Nafloyd Scott, jeden muzyków The Famous Flames, grupy w której "soulowy brat numer jeden" zaczynał karierę. Jest też fragment poświęcony nieżyjącemu już przyjacielowi Browna (a tych on miał naprawdę niewielu) Leonie Austinie. Nie chcę wymieniać wszystkich bohaterów i wszystkich wątków (a jest ich dość dużo, wśród nich też dosyć ponury wątek walki o kasę i spuściznę po artyście, która ciągnie się od jego śmierci w 2006 roku), po prostu usilnie namawiam do lektury.

Na koniec jeszcze jeden smakowity cytat z książki, pokazujący, że pisząc o muzyce i muzykach, autor podejmuje trudne kwestie rasowe nie oszczędzając przy tym ani białych ani czarnych: "Większość z nas nie rozumie, jaki to ból słyszeć, że wielkiego bluesmana Roberta Johnsona nazywa się "legendą", jeżeli się wie, że ten nieszczęśnik nie był w latach dwudziestych niczym więcej niż Afrika Bambaataa albo Kool Herc, pionierzy rapu z południowego Bronxu, którzy praktycznie popadli w zapomnienie, gdy przemysł nagraniowy sięgnął po ich utwory - pierwotnie pisane po to aby dać poczucie własnej wartości ubogim dzieciom i kobietom z rodzin robotniczych z lokalnych społeczności murzyńskich - i zmienił je w piosenki zachęcające młodych, by bili swoich bliźnich, okradali kobiety, chlali ile wlezie i strzelali sobie w łeb z zazdrości o adidasy".

Raz jeszcze polecam mocno książkę, a ja oddalam się, żeby posłuchać swoich ulubionych płyt Jamesa Browna, funkowo-soulowych petard z 1973 i 74 roku, "The Payback" i "Hell".


"Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul"
James McBride

Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: Czarne






wtorek, 16 stycznia 2018

Offensywa De Luxe. 12 edycja - Muzyczne Studio Trójki im. Agnieszki Osieckiej. Kortez, Decadent Fun Club, L.Stadt, niXes




Wpis radiowo-koncertowy. Każdemu, który choć trochę w jakiś sposób otarł się o radiową Trójkę, nie trzeba tłumaczyć co to jest "Offensywa" i z czym się nią je. Jednak gdyby ktoś zupełnie nic, to pokazuję i objaśniam. To godzinna (kiedyś były dwie, ale wszystko się zmienia, niestety nie zawsze na korzyść) audycja prowadzona przez Piotra Stelmacha z dużym współudziałem Anny Gacek. Prezentująca głównie polską muzykę. Oczywiście zdarzają się w niej wyjątki od tej reguły, ale chodzi właśnie o promowanie naszych rodzimych artystów. Tych, którzy już sporo osiągnęli, tych, którzy nabierają tempa i tych zupełnie początkujących.

"Offensywa de Luxe" natomiast to takie muzyczne święto, gdzie w studiu im. Agnieszki Osieckiej występują wykonawcy, którzy odegrali znaczącą muzyczną rolę w ostatnim czasie. Zresztą, najlepiej przytoczyć słowa Piotra Stelmacha: "W 2006 roku wspólnie z Anną Gacek wymyśliliśmy, że kiedy będziemy zapowiadać koncerty "Offensywy de Luxe", będziemy wręczać "Szczoty", symbole "pozamiatania nas" przez danych artystów i dane płyty w mijającym roku". 12 stycznia 2018 roku szczęśliwymi posiadaczami "Szczot" zostali Kortez, Decadent Fun Club, L. Stadt i niXes. 
 
I to Kortez rozpoczął jako pierwszy. Zresztą, myślę, że on wyjątkowo dużo zawdzięcza i Offensywie i Piotrowi Stelmachowi, bo kiedy zaczynał, otrzymał duże wsparcie i promocję. Później to już wiadomo, wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy...i druga płyta. Właśnie utworem "Pierwsza" z ostatniej płyty "Mój dom" rozpoczął swój, najdłuższy ze wszystkich wykonawców, występ. Z tego albumu zagrał jeszcze "We dwoje", "Nic tu po mnie", "Dziwny sen", "Dobrze, że Cię mam". Zagrał, a właściwie zagrali, bo Kortez nie był samotnym facetem z gitarą, tylko miał przy sobie świetnych muzyków. Inna sprawa, że doszły mnie głosy, że do niektórych mocniej trafia przy bardziej kameralnych środkach wyrazu, ale to kwestia gustu. Do zestawu z nowej płyty dorzucił jeszcze "Z imbirem", "Zostań" i "Kominy". Ja tam byłem zadowolony. 

Występ następnego zespołu spokojnie mógłby się zmieścić w kategorii "najkrótsze koncerty świata". Decadent Fun Club zagrali tylko dwa utwory. Oni generalnie są jeszcze na początku swojej drogi, ale jeżeli będą w takiej formie jak ich utwór "Stradust", to ja deklaruję, że będę ich dalsze poczynania uważnie śledził.

Następny był L. Stadt z Łodzi, czyli trudnego terenu, jak to ujął Piotr Stelmach. A wie co mówi, gdyż stamtąd pochodzi, a ja mam niedaleko, więc potwierdzam. To trudny, ale jednocześnie niebanalny i wdzięczny dla artystów teren. Co pokazuje zeszłoroczna, znakomita płyta L. Story. Jeżeli chodzi o sam koncert to panowie spięli swoją twórczość pewną klamrą, grając utwory ze swojego debiutu i właśnie z tej ostatniej płyty. Były też dwie niespodzianki. Pierwsza to goście. Kiedy panowie z L.Stadt wykonywali genialne "Oczy kamienic", na scenie pojawiły się Soniamiki i Kasia Lins i wspomogły ich wokalnie. Druga to utwór, który zagrali na koniec. Specjalnie dla Piotra Stelmacha pojawił się "Dancing With Tears in My Eyes". Każdy kto zna stosunek redaktora do tego utworu (podpowiem, że nie jest on negatywny, a nawet wręcz przeciwnie), może sobie wyobrazić jaką miał wtedy minę. I tego się nie zobaczy w radiu, trzeba było tam być. Jeden z najfajniejszych momentów tego naprawdę udanego wieczoru.

I na koniec Ania Rusowicz ze swoim nowym projektem, czyli niXes. Wyjątkowy koncert, choćby dlatego, że był to pierwszy występ zespołu przed publicznością. Świetny, charyzmatyczny występ. Po prostu jeżeli w swoim zanadrzu ma się tak dobre utwory jak "Circles" czy "Hole In The Universe" i wykonuje to grupa świetnych muzyków, to one muszą się koncertowo obronić. 
 
Offensywa De Luxe, 12 edycja, udana i niepechowa, mam nadzieję, że 13 też taka będzie.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Ulubione płyty 2017 roku, zagranica.



10. The XX - "I See You"


Choć minął już prawie rok ( "I See You" wyszła 13 stycznia) od premiery, ta płyta cały czas dziarsko  towarzyszyła mi przez cały okres 2017. Jak wierny druh była ze mną w różnych sytuacjach. Otwierający album "Dangerous" był świetny na okres karnawałowy, "I Dare You" na wiosenno-letni, "Say Something Loving" jesienny. A taka genialna "Replica" była dobra o każdej porze. Najlepiej to wypada, kiedy Oliver Sim i Romy Madley Croft zaczynają swój wokalny dialog, ciągle emanują i hipnotyzują przewrotną zmysłowością. Dobra, mają u mnie mały minusik za długość (a właściwie powinienem powiedzieć "krótkość") koncertu na Open'erze 2017. Nie jest to jednak w stanie przesłonić (wielkiego jak przewaga Barcelony w lidze hiszpańskiej) plusa za "I See You".



9.  The War on Drugs - "A Deeper Understanding"


Mam taką pewną swoją teorię. Nie jest spiskowa, za to sentymentalna. Otóż śmiem twierdzić, że jeżeli czyjeś dzieciństwo przypadło na lata 80, to ta epoka zostanie w człowieku na zawsze. Epoka popkulturowych kontrastów. Wartościowych i totalnie kiczowatych. Skarbnica z której w naszych czasach można czerpać pełnym garściami. I jeżeli na polu filmowym ostatnio robi to choćby serial "Stranger Things", to muzycznie elegancko wpisuje się ten klimat The War on Drugs. Nie da się uniknąć porównać do The Waterboys, Dire Straits, Boba Dylana, Bruce'a Springsteena i kilku innych ale...No właśnie, na końcu zawsze zostaje sama muzyka. A na "A Deeper Understanding" mnóstwo dobrej muzy, bez względu, kto jakim sentymentem jaką epokę darzy.



8. Ghostpoet - "Dark Days + Canapes"



Umarł król, niech żyje król! No dobra, nie przesadzajmy, Tricky ma się dobrze i nagrywa przyzwoite rzeczy, ale w tym roku bardziej zerkam jednak na tego artystę. Zresztą Ghostpoet już ma swoją renomę, jego debiut płytowy z 2011 roku był nominowany do prestiżowej nagrody Mercury Prize. Natomiast mnie pochłonął jego najnowszy album, idealne połączenie elektroniki z gitarowym podejściem i wyjątkowym wokalem. Odwołania do klimatów trip-hopowych też są najbardziej na miejscu, szczególnie jeżeli na płycie udziela się Daddy G z Massive Attack. Posłuchajcie tego killera poniżej. Jeżeli ktoś się nie zetknął to informuję, że cała płyta jest na podobnym poziomie. Gdzieś przeczytałem opinię w stylu: "the Nick Cave of hip hop?". Ładnie powiedziane, ale nie do końca prawdziwe. Gość zdecydowanie wyznacza swoją własną trasę.





7. Otis Taylor - "Fantasizing About Being Black"



Otis Taylor, dobrych bluesmanów było wielu, jednak ja się będę upierał, że to jest jeden z tych bardziej oryginalnych na tle tego szacownego, lecz konserwatywnego gatunku. I teraz nagrał więcej niż bardzo dobry album. Począwszy od gorzko-sarkastycznego tytułu płyty, który wyznacza całość kierunku. Kierunku, który już określa pierwszy utwór na płycie "Twelve String Mile". Historia człowieka, który wie, że jest niewidzialny. I niedługo będzie martwy. Wystarczy wsłuchać się w tekst:"I'm alive now/ be dead soon/A big black man, got dark, dark eyes /Big, big man, got dark, dark skin/Nobody sees me". Tylko dlatego, że ma taki, a nie inny kolor skóry. Ta płyta trafia do mnie bardziej niż parę razem wziętych filmów o niewolnictwie. To nie wszystko. Bo muzycznie jest też inaczej. Trochę Nowego Orleanu, jazzująca trąbka. Sam Otis Taylor określa swój styl nazwą "trance blues". Zgadzam się. Na tle podobnych bluesowych klimatów on jest inny. Zabija konkurencję.





6. The National - "Sleep Well Beast"



Mieli swoje 5/15/20 minut sławy przy albumie "High Violet". Nagle wszyscy docenili ich melancholię. Jednak łaska pańska na pstrym koniu jeździ, więc przy następnym "Trouble Will Find Me" zaczęło się marudzenie. Bo się formuła wyczerpuje i tak dalej. Dla mnie się nie wyczerpuje. Ani fantastyczny wokal Matta Berningera, ani wspaniałe teksty, które napisał razem z żoną. Ani ta melancholia, która, o dziwo, nie wciąga mnie w otchłań, tylko karze włączyć tę płytę jeszcze raz. I jeszcze raz.




5. Tony Allen - "The Source"


Przyznam się szczerze, że bliżej tego Pana poznałem przy okazji projektu i płyty The Good, The Bad, The Queen, gdzie swoje palce maczali Damon Albarn, Paul Simonon, Simon Tong. Lepiej późno niż później. Urodzony w Nigerii perkusista współpracujący przed laty z taką legendą jak Fela Kuti. Gość o którym sam Brian Eno mówi , że to "perhaps the greatest drummer who has ever lived". I ten gość w wieku 77 lat nagrywa świetną płytą dla legendarnej wytwórni Blue Note, gdzie afrobeat i afrofunk fantastycznie łączy się z jazzem.




4. Algiers - "The Underside of Power"






Zakumplowałem się z nimi już przy okazji debiutu. W tym roku wrócili jeszcze mocniejsi. Bo to połączenie nowo-falowej zimy w stylu Joy Division z soulowo-gospelowym żarem/wokalem robi piorunujące wrażenie. Chwalcie, udostępniajcie, bo są wyjątkowi, a mam wrażenie, niedoceniani.



 

3. Oxbow - "Thin Black Duke"



Jakby kiedyś powiedział któryś z komentatorów sportowych, tych od skoków, przeskoczyli Małysza! Totalne zaskoczenie. Zaraz kapeli stuknie 30-tka, coś tam sobie dłubią od lat na niezależnym boku, a tu takie coś. Genialna płyta, o której pewnie wielu się nie dowie. Niby mocne granie, noise, hardcore. Ale też jazz, muzyka klasyczna. Tęsknisz za The Jesus Lizard, Rollins Band? Już nie musisz. Mało tego, dodają jeszcze więcej. Przekroczyli skalę.





2. Queens of The Stone Age - "Villains"


Mam wrażenie, że z tą płytą wiążą się pewne nieporozumienia. Z jednej strony płyta zbiera  świetne opinie i jest w czołówce we wszystkich liczących się podsumowaniach. Z drugiej strony wśród znajomych, których opinię bardzo cenię, zbiera ona potężne cięgi. Ujmę to w ten sposób. QOTSA to nie AC/DC (z całym szacunkiem do AC/DC) i nie nagrywa identycznych płyt, więc drodzy moi, mówię tak: już nigdy nie będzie drugiego "R" i "Songs for the Deaf". Bo Josh może wszystko, nawet Marka Ronsona poprosić o pomoc. A jeżeli taka petarda jak otwierający płytę utwór "Feet Don't Fail Me" nie robi na was wrażenia, to ja się poddaję. Ok, z tym, że Josh może wszystko przesadziłem. Zachował się jak palant i mam nadzieję, że w nowym roku będzie bez pajacowania i gwiazdorzenia, za to świetnie koncertowo (widzimy się na Torwarze).




1. LCD Soundsystem - "American Dream"


Wszystkie spory pogodzi ten album. Wyprzedzający o parę długości resztę konkurencji. Pamiętam, kiedy James Murphy z ekipą zmajstrowali w 2010 album "This Is Happening". Nie było pewne, czy coś jeszcze stworzą. Stworzyli. Kiedy album zaczyna się świetnym, elektronicznym  "Oh Baby" wiesz, że będzie dobrze. Jednak kiedy słuchasz drugiego "Other Voices", to wiesz, że masz do czynienia z czymś na kształt "Remain in Light" Talking Heads. Wyjątkowa sprawa.


wtorek, 5 września 2017

Queens of the Stone Age - "Villains"




         Długo zastanawiałem się czy pisać u siebie na blogu o nowej płycie Queens of the Stone Age. Bo wiadomo, że nie jestem względem tej grupy obiektywny już od czasów, kiedy w 2000 roku znalazłem ich drugi album "Rated R" pod choinką. Panowie idealnie wpisali się w moje pojmowanie tego na czym ma polegać atrakcyjne, nieszablonowe, kreatywne, otwarte na wpływy różnych innych gatunków muzycznych (a przy tym oryginalne) rockowe granie. I kilkanaście ładnych lat później, moje myślenie o nich się nie zmieniło. Panowie nigdy nie obniżali lotów, co potwierdzały wszystkie następne albumy, od klasycznej już "Songs for the Deaf", przez moją ulubioną „Lullabies to Paralyze”, psychodeliczno-agresywną "Erę Vulgaris”, czy mroczną "...Like Clockwork".

W tym roku od pewnego momentu wszystkie znaki na niebie i ziemi zaczynały wskazywać, że będziemy mieli do czynienia z nową płytą. Dość ciekawy był wybór producenta, Marka Ronsona. Facet ocierający się o takie spektrum muzyczne, gdzie jest miejsce na funk, hip-hop, elektronikę, soul, pop, jednak niezbyt kojarzony z rejonami w których do tej pory poruszał się Queens of the Stone Age. Nie spanikowałem i nie pomyślałem, że nagle Josh Homme z kolegami zamienią się w Lady Gagę. Raczej założyłem, że ekipa chce trochę poszerzyć formułę. Trzymając się głównej ścieżki zrobić parę odświeżających skoków w bok.

Czy to się udało? Otwarcie albumu "Villains" jest wyborne. "Feet Don't Fail Me" to świetny rockowy numer z funkowym podkreśleniem, który podrywa od razu z fotela. Już wiem, że dla mnie to będzie jeden z takich wyjątkowych numerów Queens of the Stone Age, które znajdą się w moim prywatnym „the best of”. Do tego dość kosmiczne, trochę wyjęte z lat 70 syntezatory (przewijające się zresztą też w innych utworach). Drugi na płycie, "The Way You Used To Do" zdążyłem już poznać wcześniej, ponieważ został wydany jako singiel. Wszystko jest w nim na swoim miejscu. Ostro, z pazurem, ale przy tym jakby, hmm, dość tanecznie. Tylko, że to nie jest zarzut. Rzeczywiście już w tych pierwszych numerach czuje się producencką rękę Marka Ronsona, jednak jest to wzbogacenie dotychczasowego stylu Queens of The Stone Age, a nie jego przekreślenie. Zresztą, można usłyszeć też inne oblicze ekipy. Takie "Head Like A Haunted House" to zakręcone połączenie The Cramps i Elvisa Presleya z punkowym podkręceniem, czyli rasowe psychobilly. Natomiast w "Fortress" i "Hideaway" słychać echa zeszłorocznej współpracy Josha Homme'a z Iggym Popem. Kłania się też David Bowie, szczególnie ten z okresu drugiej połowy lat 70 ("Un-reborn Again", zaskakująco zakończony partią saksofonu). Jeżeli jednak tęskno wam do starego brzmienia zespołu, to poczekajcie do przedostatniego na płycie utworu o świetnym (dziwne, że chyba nikt wcześniej na niego nie wpadł) tytule "The Evil Has Landed". Szczególnie od 5 minuty gdzie mamy do czynienia z ich starym, dobrym patentem w stylu "jedziemy szybko i jednostajnie po  zagubionej autostradzie otoczonej pustynią". Czyli wychodzi, że na „Villains” znajdzie się dla każdego coś miłego.

Rozumiem teraz słowa Josha Homme'a o tym, że ta płyta ma być próbą przedefiniowania ich brzmienia. Generalnie krokiem w stronę światła w porównaniu z poprzednim, dość mrocznym "...Like Clockwork". Lider Queens of the Stone Age twierdzi też, że zespół zawsze był wolny od polityki i prawienia kazań a on woli mówić bardziej o rodzinie i rzeczach, które wzbudzają pasję. Ciekawie brzmią jego słowa odnośnie tytułu płyty: "Każdy potrzebuje kogoś lub czegoś do pomstowania - czarnego charakteru. Tak jest od zawsze. Nie da się nad tym zapanować. Jedyny sposób żeby przejąć kontrolę nad sytuacją, to odpuścić".
Świetnie też podsumowują koncepcję płyty słowa, które wypowiedział w wywiadzie dla wrześniowego numeru "Teraz Rocka" gitarzysta zespołu Troy Van Leeuwen: "Chcę wyjść do światła i ma to być krok w sferze kultury, nie polityki. Muzyka, sztuki wizualne, literatura - te rzeczy są ważne dla mnie i ważne dla społeczeństwa. Są konieczne by kształtować obraz świata w którym żyjemy. Nagranie tak optymistycznej płyty to w gruncie rzeczy akt sprzeciwu".

Przyznam, że gdy poczytałem o co chodziło panom z Queens of the Stone Age kiedy tworzyli "Villains", polubiłem ją jeszcze bardziej.