Żegluga w stronę muzyki, płyt, koncertów, filmów i książek.
czwartek, 7 kwietnia 2016
"Anomalisa" - (nie)rutynowa sprawa
Ten film miał premierę w Polsce pod koniec stycznia, ja dorwałem go niedawno, a właściwie to on dorwał mnie i nie chce puścić. Gorączkowo zacząłem szukać winnego tego stanu i zidentyfikowałem go w osobie współreżysera i scenarzysty filmu, Charliego Kaufmana. Ale mogłem się tego spodziewać. To ten sam gość, który właśnie jako scenarzysta poprowadził mnie za rączkę prosto do głowy wiadomego aktora w "Być jak John Malkovich", albo ostro pogrzebał mi w umyśle "Zakochanym bez pamięci".
Co takiego wykombinował teraz? Mamy do czynienia z facetem w mocno średnim wieku, który teoretycznie ma szczęśliwe życie, udaną rodzinę i pracę. Jednocześnie czuje, że grzęźnie w bagienku rutyny. Wszystko dla niego jest powtarzalne, wszyscy dookoła są (dosłownie!) tacy sami, nudni i przewidywalni. Sytuację zmienia pewne zdarzenie i konkretna osoba.
Dla tych co nie widzieli, nie ma obaw, nie będę opisywał i streszczał całej fabuły, natomiast skupię się na paru wydarzeniach, które przejdą do mojej prywatnej historii kina. Pierwsze to tzw. "scena miłosna", najbardziej przejmująca jaką widziałem od lat. Romantyczna, nieporadna, wzruszająca, żenująca, zajmująca, niepotrzebne skreślić. Albo nie, lepiej wszystkie te określenia zostawić, właśnie dlatego, że oddają złożoność sytuacji. Fantastycznie odegrana, mimo, że "Anomalisa" to (wyrazista i realistyczna, bardzo dobrze zrobiona pod względem technicznym) animacja lalkowa!
I tutaj przechodzimy do drugiego wydarzenia, czyli gry aktorskiej. Głosu postaciom użyczyło trzech aktorów. David Thewlis, stara, dobra, brytyjska szkoła. Tom Noonan, wspaniały aktor charakterystyczny, który jednak głównie zostanie pewnie zapamiętany z licznych ról świrów i psychopatów. I zupełnie fenomenalna Jennifer Jason Leigh. Wydawało się, że ta popularna w latach 80 i 90 aktorka zawodowo najlepsze lata ma już za sobą, a ona nagle wyprowadza dwa zaskakujące, potężne ciosy. Wspomnę tu najpierw o roli wściekłego, przebiegłego i okrutnego babsztyla w "Nienawistnej ósemce" Quentina Tarantino. Tutaj natomiast mamy do czynienia z zupełnie odmiennym zadaniem aktorskim, rolą Lisy, z jednej strony uosobieniem dobroci i nieporadnej poczciwości, a z drugiej wyjątkowości. Jennifer Jason Leigh przy pomocy swojego głosu czyni tutaj cuda. Jej melancholijna wersja "Girls Just Want to Have Fun", hiciora najbardziej znanego z wykonania Cyndi Lauper, zupełnie wywróciła do góry nogami postrzeganie przeze mnie tego utworu. Co się stało, to się nie odstanie, od teraz tekst tego utworu ma dla mnie też drugie, mniej wesołe znaczenie.
Wracając do samej opowieści, to zostało mi po niej w głowie jednak coś więcej niż przekonanie o wyjątkowo oryginalnym spojrzeniu na raczej wyświechtany temat, jakim jest kryzys wieku średniego. Czy jesteśmy skazani na to, że już na zawsze będzie nam towarzyszyła w tym życiu ( i pogłębiająca się wraz z wiekiem) tęsknota za czymś innym, ułudą, ideałem, a może straconymi złudzeniami? I czy w związku z tym warto się szarpać i poszukiwać jakiejś anomalii (Anomalisy), która przełamie krąg powtarzalności i życiowego uwikłania w schematy? Może nie tak maniakalno-zabójczo-radykalnie jak np: bohater utworu Toma Waitsa "Frank's Wild Years", ale po swojemu próbować. Mówiąc szerzej i metaforycznie, szukajmy, choćby tylko od czasu do czasu, "Anomalisy" w naszych głowach, sercach, duszach.
piątek, 1 kwietnia 2016
Charles Bradley - Changes
Zawsze miałem wrażenie, że soul i funk to gatunki, które w Polsce niespecjalnie trafiają na podatny grunt. U nas przy jazzowych improwizacjach, metalowych wyziewach, alternatywnych rurkach, progresywnych pasażach, elektronicznych krajobrazach, nowych brzmieniach czy hip-hopowych wygibasach sprawiają wrażenie brzydszej koleżanki lub brzydszego kolegi siedzącego w klasie w ostatniej ławce, lub podpierającego ścianę w ciemnym kącie na przerwie. A gdyby tylko dać im szansę, podejść, zagadać, wtedy szybko odkrylibyśmy ich bogate wnętrze. Czyli właśnie soul-duszę.
I tutaj z pomocą przychodzi nowa płyta Charlesa Bradleya, która daje nam taką szansę. Pytanie pierwsze: z czym nam się kojarzy retro soul czy funk? W kraju, gdzie przykładowo taki Steve Wonder zostanie dużo bardziej zapamiętany z dancingowego "I Just Called To Say I Love You" niż ze swoich, pełnych żaru, płytowych petard z lat 70, sytuację może obronić chyba tylko James Brown. Ale jego już niestety wśród nas nie ma. To już bez następnych pytań pokuszę się o stwierdzenie, że na tę chwilę w tym gatunku na mieście rządzi Charles. Gość z ciekawą biografią, po przejściach, trochę potłuczony przez życie, który swoją pierwszą płytę wydaje w 2011 roku, będąc już po sześćdziesiątce! W chwili, gdy niektórzy artyści myślą o emeryturze on dopiero rozwija żagle i nabiera...nie, nie wody, nabiera tempa i nagrywa swoją drugą płytę "Victim of Love" (2013). Teraz prawie idealnie równo po trzech latach mamy premierę jego kolejnego albumu "Changes". Wcześniej ukazał się singiel o tym samym tytule, będący coverem utworu Black Sabbath. Artysta specjalnie przy nim nie gmerał, natomiast tradycyjnie po swojemu ostro wokalnie dorzucił do pieca. A jaka jest cała płyta?
Rewolucji nie ma, ale kto chciałby w jego przypadku rewolucji? Na szczęście nie ma też bolesnej stagnacji. Zaczyna się po amerykańsku, patriotycznie, od krótkiego wstępu "God Bless America". Właściwa jazda następuje od zadziornego, lekko jammującego "Good to Be Back Home". Duże wrażenie robi "Ain't Gonna Give It Up", dla mnie chyba najlepszy na płycie. Taki przybrudzony funk zabarwiony (raczej niewystępującym na jego wcześniejszych płytach) delikatnym elektronicznym barwnikiem. Równie odświeżające wrażenie robi momentami zbliżający się w stronę rockowego grania w stylu The Black Keys "Ain't It a Sin". "Things We Do for Love" to z kolei dużo podrygującej radości z chórkami i dęciakami, które zresztą pojawiają się na całej płycie. Frakcję ballad oprócz "Changes" najlepiej reprezentuje "Nobody But You". Mógłbym tak jeszcze opisywać utwór po utworze, jednak muszę pamiętać, żeby nie stracić z pola widzenia tego co najważniejsze na tej płycie. Czyli głosu. A właściwie GŁOSU. Przepełnionego żarliwością i miłością, ale też bólem człowieka, który dostał od życia parę kopów. Charles Bradley potrafi wyjątkowo przekonująco te uczucia wyrazić. Ja mu ufam, dlatego uważnie z przyjemnością słucham.
I pamiętajcie: happy people have no stories.
I tutaj z pomocą przychodzi nowa płyta Charlesa Bradleya, która daje nam taką szansę. Pytanie pierwsze: z czym nam się kojarzy retro soul czy funk? W kraju, gdzie przykładowo taki Steve Wonder zostanie dużo bardziej zapamiętany z dancingowego "I Just Called To Say I Love You" niż ze swoich, pełnych żaru, płytowych petard z lat 70, sytuację może obronić chyba tylko James Brown. Ale jego już niestety wśród nas nie ma. To już bez następnych pytań pokuszę się o stwierdzenie, że na tę chwilę w tym gatunku na mieście rządzi Charles. Gość z ciekawą biografią, po przejściach, trochę potłuczony przez życie, który swoją pierwszą płytę wydaje w 2011 roku, będąc już po sześćdziesiątce! W chwili, gdy niektórzy artyści myślą o emeryturze on dopiero rozwija żagle i nabiera...nie, nie wody, nabiera tempa i nagrywa swoją drugą płytę "Victim of Love" (2013). Teraz prawie idealnie równo po trzech latach mamy premierę jego kolejnego albumu "Changes". Wcześniej ukazał się singiel o tym samym tytule, będący coverem utworu Black Sabbath. Artysta specjalnie przy nim nie gmerał, natomiast tradycyjnie po swojemu ostro wokalnie dorzucił do pieca. A jaka jest cała płyta?
Rewolucji nie ma, ale kto chciałby w jego przypadku rewolucji? Na szczęście nie ma też bolesnej stagnacji. Zaczyna się po amerykańsku, patriotycznie, od krótkiego wstępu "God Bless America". Właściwa jazda następuje od zadziornego, lekko jammującego "Good to Be Back Home". Duże wrażenie robi "Ain't Gonna Give It Up", dla mnie chyba najlepszy na płycie. Taki przybrudzony funk zabarwiony (raczej niewystępującym na jego wcześniejszych płytach) delikatnym elektronicznym barwnikiem. Równie odświeżające wrażenie robi momentami zbliżający się w stronę rockowego grania w stylu The Black Keys "Ain't It a Sin". "Things We Do for Love" to z kolei dużo podrygującej radości z chórkami i dęciakami, które zresztą pojawiają się na całej płycie. Frakcję ballad oprócz "Changes" najlepiej reprezentuje "Nobody But You". Mógłbym tak jeszcze opisywać utwór po utworze, jednak muszę pamiętać, żeby nie stracić z pola widzenia tego co najważniejsze na tej płycie. Czyli głosu. A właściwie GŁOSU. Przepełnionego żarliwością i miłością, ale też bólem człowieka, który dostał od życia parę kopów. Charles Bradley potrafi wyjątkowo przekonująco te uczucia wyrazić. Ja mu ufam, dlatego uważnie z przyjemnością słucham.
I pamiętajcie: happy people have no stories.
środa, 23 marca 2016
Początek
To się nie mogło inaczej skończyć, natury nie oszukasz. Pytanie, czy musiało do tego dojść. Jak to było w "Rozmowach kontrolowanych"? "Jest tylko jedna logiczna odpowiedź: widocznie musiało, skoro doszło". :) Założyłem bloga i nie zamierzam na tym poprzestać. Na razie zarchwizowałem ze wsteczną datą część swoich dawnych wpisów publikowanych wcześniej na pewnym portalu i facebooku, ale oczywiście pojawią się niebawem zupełnie nowe zapiski, recenzje i wszystko co mi siedzi z tyłu głowy i nie daje spokoju. Będzie głównie muzycznie, ale filmowo-książkowo też. Czyli kulturalnie. Raz z uwielbieniem raz sarkastycznie.Czasem kontemplacyjnie, czasem ostro i kategorycznie, ale bez kopania po kostkach. Z emocjami jakie tylko płyty, filmy czy książki są w stanie we mnie wzbudzić.
niedziela, 3 stycznia 2016
Ulubione płyty 2015 - Świat
1. Killing Joke "Pylon"
Zastanawiałem się, czy przyznać im pierwsze miejsce, żeby nie wyszło, że za zasługi. To prawda, lubię ich i bardzo cenię od wielu lat, ale "Pylon" to nie jest jakaś tam sentymentalna wycieczka w przeszłość, to porywające granie od początku do końca. Jest na tej płycie taki utwór "Euphoria", słuchając tego albumu momentami osiągałem taki stan.
2. Algiers - "Algiers"
To dla odmiany nowe twarze, które na swojej debiutanckiej płycie połączyły surową elektronikę z alternatywno-rockowym podejściem. I charyzmatyczny wokalista z potężnym wokalem, który jeszcze dodaje tym utworom trochę gospelowo-soulowego zacięcia. Mocne.
3. Sleater-Kinney - "No Cities to Love"
Kultowy w pewnych kręgach, damski przedstawiciel konkretnego amerykańskiego niezależnego rockowego grania. Panie na swojej nowej płycie wymiatają aż miło, fajnie, że wróciły. Niepełne 33 minuty (tyle trwa cały album) pełnej satysfakcji.
4. Father John Misty - "I Love You, Honeybear"
Niby folkowe klimaty, ale nie w stylu "gram na gitarze, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze". Gdzie trzeba jest subtelnie, albo z poczuciem humoru. Trochę alternatywy, trochę popu albo delikatnej elektroniki a nawet country. A jako całość to po prostu świetne piosenki.
5.The Dead Weather - "Dodge and Burn"
Jak to mówił w filmie "Psy" Franz Maurer (Bogusław Linda) stający przed komisją weryfikacyjną do jej członka (Zbigniew Zapasiewicz): "Czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach". A u mnie lata mijają, a w podsumowaniach występuje Jack White z różnymi projektami. I to się nie zmieni, no chyba, że ze swoimi charyzmatycznymi przyjaciółmi zacznie grać disco-polo.
6. Alabama Shakes - "Sound & Color"
Głos jak dzwon, kompozycje jak dzwon, charyzma jak dzwon.
7. Hugo Race & The True Spirit - "The Spirit"
Największe zaskoczenie na plus. Hugo Race dużo nagrywa i koncertuje, ale generalnie funkcjonuje gdzieś na obrzeżach muzycznej sceny. Tutaj z kolegami nagrał pierwszorzędną płytę, która powinna ich katapultować do pierwszej ligi. Ten dawny współpracownik Nicka Cave'a stworzył materiał, który dorównuje artystycznym osiągnięciom właśnie przed chwilą wspomnianego artysty.
8. Refused - "Freedom"
Dawno temu (1998) swoją płytą "The Shape of Punk to Come" ostro namieszali w hardcorowym (i nie tylko ) muzycznym światku. Teraz po latach wracają w bardzo dobrym stylu. Nadal bezkompromisowy, ale mocno urozmaicony czad dla wymagających.
9. Gary Clark, Jr. - "The Story of Sonny Boy Slim"
Jeżeli chodzi o tego pana, to jego najnowsza płyta idealnie wypełnia moje zapotrzebowanie na bluesowo-soulowo-funkowe granie.
10. Majical Cloudz - "Are You Alone?"
Subtelna elektronika. Zamykamy się z tą płytą w pokoju, wyłączamy komórkę, gasimy światło i...nie, nie zasypiamy, po prostu przypominamy sobie, że w "starożytnych" czasach w ten sposób celebrowaliśmy słuchanie wyjątkowych, klimatycznych albumów.
Zastanawiałem się, czy przyznać im pierwsze miejsce, żeby nie wyszło, że za zasługi. To prawda, lubię ich i bardzo cenię od wielu lat, ale "Pylon" to nie jest jakaś tam sentymentalna wycieczka w przeszłość, to porywające granie od początku do końca. Jest na tej płycie taki utwór "Euphoria", słuchając tego albumu momentami osiągałem taki stan.
2. Algiers - "Algiers"
To dla odmiany nowe twarze, które na swojej debiutanckiej płycie połączyły surową elektronikę z alternatywno-rockowym podejściem. I charyzmatyczny wokalista z potężnym wokalem, który jeszcze dodaje tym utworom trochę gospelowo-soulowego zacięcia. Mocne.
3. Sleater-Kinney - "No Cities to Love"
Kultowy w pewnych kręgach, damski przedstawiciel konkretnego amerykańskiego niezależnego rockowego grania. Panie na swojej nowej płycie wymiatają aż miło, fajnie, że wróciły. Niepełne 33 minuty (tyle trwa cały album) pełnej satysfakcji.
4. Father John Misty - "I Love You, Honeybear"
Niby folkowe klimaty, ale nie w stylu "gram na gitarze, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze". Gdzie trzeba jest subtelnie, albo z poczuciem humoru. Trochę alternatywy, trochę popu albo delikatnej elektroniki a nawet country. A jako całość to po prostu świetne piosenki.
5.The Dead Weather - "Dodge and Burn"
Jak to mówił w filmie "Psy" Franz Maurer (Bogusław Linda) stający przed komisją weryfikacyjną do jej członka (Zbigniew Zapasiewicz): "Czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach". A u mnie lata mijają, a w podsumowaniach występuje Jack White z różnymi projektami. I to się nie zmieni, no chyba, że ze swoimi charyzmatycznymi przyjaciółmi zacznie grać disco-polo.
6. Alabama Shakes - "Sound & Color"
Głos jak dzwon, kompozycje jak dzwon, charyzma jak dzwon.
7. Hugo Race & The True Spirit - "The Spirit"
Największe zaskoczenie na plus. Hugo Race dużo nagrywa i koncertuje, ale generalnie funkcjonuje gdzieś na obrzeżach muzycznej sceny. Tutaj z kolegami nagrał pierwszorzędną płytę, która powinna ich katapultować do pierwszej ligi. Ten dawny współpracownik Nicka Cave'a stworzył materiał, który dorównuje artystycznym osiągnięciom właśnie przed chwilą wspomnianego artysty.
8. Refused - "Freedom"
Dawno temu (1998) swoją płytą "The Shape of Punk to Come" ostro namieszali w hardcorowym (i nie tylko ) muzycznym światku. Teraz po latach wracają w bardzo dobrym stylu. Nadal bezkompromisowy, ale mocno urozmaicony czad dla wymagających.
9. Gary Clark, Jr. - "The Story of Sonny Boy Slim"
Jeżeli chodzi o tego pana, to jego najnowsza płyta idealnie wypełnia moje zapotrzebowanie na bluesowo-soulowo-funkowe granie.
10. Majical Cloudz - "Are You Alone?"
Subtelna elektronika. Zamykamy się z tą płytą w pokoju, wyłączamy komórkę, gasimy światło i...nie, nie zasypiamy, po prostu przypominamy sobie, że w "starożytnych" czasach w ten sposób celebrowaliśmy słuchanie wyjątkowych, klimatycznych albumów.
sobota, 2 stycznia 2016
Ulubione płyty 2015 - Polska
1.Magnificent Muttley – „Rear Window”
Bo centrum takiego grania mieści się w moim mózgu. Gitara, bębny, bas i kolejny dowód na to, że można te klocki ciągle od nowa oryginalnie i porywająco ustawiać
2.Trupa Trupa - "Headache"
Ta psychodelia kompletnie nie śmierdzi trupem.
3. Agyness B. Marry - "Agyness B. Marry"
Surowy, rockowy i bardzo kobiecy debiut.
4. Rysy - "Traveler"
Nie wiem czy ona ich dobrała, czy oni ją, ważne, że przy wydatnej pomocy Justyny Święs panowie stworzyli cudo-przyjemną płytę do inteligentnego tańca (ale do zamkniętego różańca też). Idę na parkiet i dobrze, nie idę i zamykam oczy, też dobrze.
5. Mgła - "Exercises In Futility"
Metal, nawet nie bójmy się tego słowa, black metal, ale miło posłuchać płyty gdzie się tworzy prawdziwą muzę zdolną wyrywać serca, zamiast wyziewów stworzonych przez jakiegoś niedoinformowanego satanistę wychwalającego rogatego.
6. Kortez - "Bumerang"
Wszystkie pensjonariuszki/sanitariuszki teraz się kochają w jego piosenkach. Ja na jego urok jestem bardziej odporny, ale zachwyty rozumiem i płytę doceniam.
7. Ptaki - "Przelot"
Bo możesz w końcu porzucić ten parapet, i uwierz mi, przy tej muzie nie spadniesz, polecisz.
8. Ampacity - "Superluminal"
Kiedy rock progresywny przestaje zjadać swój własny ogon i potrafi wzbić się kosmiczne rejony. Czyli space, stoner i grzybki, niezła jazda.
9. Small Mechanics - "The Gift"
Lekko smarują swój muzyczny chlebek delikatną elektroniką, ale i tak dominuje zapach popu. Bardzo przyjemnego i pełnego witamin.
10. Kobiety - "Podarte sukienki"
Ci faceci (i kobieta) wiedzą, co kiedyś najlepsze było w Trójmiejskiej Scenie Alternatywnej.
wtorek, 11 sierpnia 2015
OFF Festival 2015
Na początek lekkie marudzenie i minusy (a właściwie, tfu,
przepraszam za zdrobnienie, minusiki), które jednak, odwrotnie niż w
„Misiu” nie przesłonią plusów. I jeżeli pogoda zachowuje się jak wściekły facet z miotaczem ognia, to wiesz, że
lekko nie będzie, ale za to bardzo gorąco. I było. Druga refleksja to, że moda
może być (czasami) niczym szybko rozprzestrzeniający się podstępny wirus.
Powoduje, że wszyscy chorują na to samo. Takie myśli mnie naszły, kiedy mijałem
kolejnych gości z takimi samymi fryzurami i brodami. Ale to może być przesadna złośliwość
ze strony faceta, który, jak to
bezbłędnie określiły dzieci mojego dobrego kolegi (pozdro, Michał) jest „wujkiem bez fryzury”. To do meritum.
Dzień pierwszy.
Zacząłem od The Stubs.
Brudny rock'n'roll plus radosna konferansjerka wokalisty
dała przyzwoity efekt. Przeskok na główną scenę, gdzie Pablopavo i Ludziki robili co mogli, ale wyszło tak sobie. Ja na
ich miejscu zrzuciłbym wszystko na słońce, które o tej porze wypalało mózg i nie skłaniało do radości i zabawy. Do upału
chyba bardziej była przyzwyczajona ekipa z Songhoy Blues, która porządnie
walnęła swoim afrykańskim bluesem. Pomiędzy nimi na Scenie Eksperymentalnej
świetne gitarowe eksperymenty dała grupa Kristen. Później dawny bliski
współpracownik i kumpel Nicka Cave’a, czyli Mick Harvey brał się za bary na
Scenie Leśnej z utworami Serge’a Gainsbourga. Piękny koncert po zmroku
wyciskający całą erotykę i dekadencję zawartą w tych utworach. Susanne Sundfor ze swoim alternatywnym klubowym disco-popem
czarowała i uwodziła mając świadomość, że przy takich recenzjach jakie ma
ostatnia płyta, to właśnie teraz jest jej tzw. „15 minut”. Przerzut na Sunn O)))
był ciężki i bolesny, niczym brzmieniowe piętnaście ton spadające na głowę, dodatkowo
szamańsko mnie zahipnotyzowali J I gwiazda pierwszego dnia The
Residents. Jak obcować z legendą, kiedy nie wie się, czy na scenie za maskami
kryją się oryginalni, przepraszam za wyrażenie, członkowie, czy Stefan z
kolegami z monopolowego? J
Ale na tym polega zabawa i tajemnica, a koncert ironiczno-magiczny, perwersyjna
zbitka w sam raz dla mnie.
Dzień drugi.
Kinsky! Jedna z najbardziej oryginalnych
polskich kapel lat 90 wróciła. Dla nich jestem w stanie niemal omdlewać przy stu stopniach w namiotowej Scenie Trójki.
J
Ledwo żywy szybko na King Khan & The Shrines, żeby się zrelaksować przy wspaniałym retro-soul/funku z mocnym
bujnięciem. Jednak moje myśli były już
przy Sun Kil Moon. Mark Kozelek pewnie nie
należy do najmilszych gości pod słońcem,
ale mnie to obchodzi tak bardzo, niczym konflikt na linii Wojewódzki-
Korwin-Piotrowska. Liczyłem na dobry koncert i się nie zawiodłem. Najpierw
kazał sp…..ac fotografom spod sceny („nie jesteście moją publicznością!”)
później ironizował („czy w Polsce nie ma ręczników?” ) I publiczność i artyści
tonęli na namiotowej „Scenie Trójki” we własnym pocie, ale ktoś z obsługi w
końcu te ręczniki artystom podrzucił i skończyło się narzekanie i zaczęło granie. Dodajmy, że najpiękniejsze granie na
tegorocznym Offie. Lekko wstrząśnięty, ale nie zmieszany trafiłem prosto na
oślepiającą feerię świateł i dźwięków kosmiczno-jazzowego Sun Ra Arkestra. Po
kolejnym muzycznym ciosie przeniosłem się na główna scenę, gdzie swoim
matematycznym hardcorem dobił mnie The Dilinger Escape Plan. Xiu Xiu gra muzykę
z „Twin Peaks”? Kto by się nie napalił na taki pomysł? Niestety, po obiecującym
początku wszystko im się rozeszło w szwach i klapnęło. Tego dnia gwiazdą był
Ride, panowie wrócili, dla niektórych są legendą. Ja ich lubię (szczególnie
debiut z 1990), ale nigdy nie byłem w nich zakochany. Sam koncert z klasą,
dobrym brzmieniem i obietnicą, że może jeszcze coś ważnego nagrają i pokażą. O
1:40 na Scenie Eksperymentalnej Hailu
Mergia. Ktoś lubi etiopskie jazzowo-funkowe klimaty? Polecam płytę Hailu Mergia and the Walias „Tche Belew” z 1977 roku. A sam koncert niezobowiązująco
radosny. Czyli bardzo.
Dzień trzeci
Steve Gunn, piękne folk-rockowe granie na Scenie Trójki w
strasznie niesprzyjających warunkach (wiadomo dlaczego) J Później na Scenie Leśnej
Decapitated. O tej porze interakcja z publicznością polegała na tym, że oni
dali czad i apokalipsę, a w zamian dostali piknik i klapki. Ale i tak dali
radę. The Julie Ruin? Bardzo ważny koncert, bo na czele tej ekipy jest Kathleen Hanna (kiedyś Bikini Kill, później Le Tigre) jedna z najważniejszych przedstawicielek Riott grrrl,
u mnie na równi z L7 i Babys in Toyland. Radośnie dziki koncert. Ale kiedy myślałem, że
jest nieźle, to zaraz (niczym siekierą) przywalili mi ze Sceny Leśnej Algiers.
Ledwo wydali niesamowity debiut, który będzie wzięty pod uwagę we wszystkich
możliwych płytowych podsumowaniach tego roku, to jeszcze dali bezczelnie
niesamowity koncert! Po Sun Kil Moon numer dwa offa. Patti Smith nie liczę, bo
była poza konkurencją. Radość i wzruszenie. Później lekko narcystyczni Duńczycy z Iceage, którzy
potrafią inteligentnie przywalić . Na koniec obejrzane z oddali hip-hopowe
wygibasy Run The Jewels. Można zamknąć rozdział pod tytułem Off Festival 2015 i z niecierpliwością czekać
na następny.
wtorek, 7 lipca 2015
Open'er 2015 - krótkie podsumowanie
Środa
Zacząłem od NATALII PRZYBYSZ i to było bardzo dobre rozpoczęcie. Swego
czasu parę razy przecięły się moje koncertowe drogi z SISTARS i zawsze byłem
zadowolony. Teraz już inne czasy i inna muzyczna bajka, ale równie dobra.
Później na głównej scenie MODEST MOUSE. Upał, pełne słońce, pogoda na smażenie
kiełbasek, a nie na porządny rockowy koncert. Czyli brak klimatu i do tego
kłopoty z nagłośnieniem i ekipa mimo starań poległa. Razem z kumplem ratowaliśmy się ucieczką do
namiotu na CHETA FAKERA, który też specjalnie poziomu nie podwyższył, choć jego wersja pewnego hiciora R’n’B „No Diggity”, rozwalająca i powalająca. J W tym roku Alter Stage
(zamiast otwartej sceny) był drugim namiotem i to był bardzo dobry pomysł. Tam
przeżyłem swój jeden z najważniejszych koncertów, czyli w akcji pan FATHER JOHN
MISTY. Ojczulek ma przed sobą wielką przyszłość.
J Jest w takiej formie
jak jego ostatnia płyta, czyli światowej. Charyzma i poczucie humoru. Później
powrót na Tent Stage i kolejna potężna bomba, czyli ALABAMA SHAKES! Na bogato,
z chórkami, ale i tak daleko poza namiot, za góry i za lasy i w kosmos unosił
się głos pani BRITANNY HOWARD. Ciarki. A na głównej scenie ALT-J, widziałem ich
drugi raz i drugi raz mnie nie porwali, zostanę przy ich świetnych płytach. A
na koniec tego dnia DIE ANTWOORD. Zero muzyki w muzyce, ale za to co za show!
Prawie urwało mi głowę, a była mi jeszcze potrzebna na pozostałe dni. Namiot
nabity do granic możliwości, Polska kocha DIE ANTWOORD!
Czwartek
O 16:30 na głównej scenie młodziaki z MARMOZETS dzielnie walczyli
z makabrycznym upałem, a na Tent Stage zwiewny i eteryczny koncert MARY
KOMASA. Później gorąco przyjęci FISZ EMADE TWORZYWO. Pełen profesjonalizm.
EAGLES OF DEATH METAL wystąpili w roli ostatnich obrońców idei „sex, drugs
& rock’n’roll i swoją witalnością rozwalili namiot. JESSE HUGHES miał
nawijkę godną jakiegoś nawiedzonego pastora z południa USA. Dodajmy, że bardzo
hedonistycznego pastora. Podobno za sceną zrobili sobie barbecue i wzajemnie
smażyli sobie kiełbaski, ale w to już nie wnikam J
Na główną scenę zajrzałem zobaczyć
powracających THE LIBERTINES a później na Alter Stage REFUSED. To się
nazywa wściekły, ale jednocześnie piekielnie inteligentny czad, miejsce na
podium! CURLY HEADS, czyli Dawid Podsiadło z kolegami zadziornie. A na koniec
dnia Faithless, miło było znowu po 10 latach na nich zerknąć.
Piątek
Zaczęła AGYNESS B. MARRY, ponieważ lubię taką nutę, to
pomimo braku klimatu (wczesna pora i nieodłączny towarzysz, czyli totalny skwar) było na plus. Ponieważ
JOSE GONZALES mnie prawie uśpił, trzeba było uciekać na THURSTONA MOORE’A. Dla
mnie to żywa legenda muzyki, było
ascetycznie, transowo, a ja balansowałem na granicy wzruszenia. SWANS przynieśli ze sobą muzyczną apokalipsę
, jak oni sami to wytrzymują? Intensywność prawie nie do zniesienia, a ja wyszedłem
z ich koncertu ledwo żywy. I szczęśliwy, byli niesamowici. Na głównej scenie
D’ANGELO AND THE VANGUARD. Wybuchowa mieszanka soulu, funky i rocka porządnie
mną bujnęła. W USA D’ANGELO jest wielką gwiazdą, ale Polska go jeszcze nie
kocha. A szkoda. Na koniec PRODIGY. I wszystko jasne. J
Sobota
SKUBAS o 16:30 na głównej scenie? Ale się starał, szacun. W
namiocie DOMOWE MELODIE, publiczność lubi ich, oni lubią publiczność, więc było
wesoło i miło, niestety dla mnie ich formuła wyczerpuje się tak mniej więcej po
pół godzinie koncertu. HOZIER , średnio go lubiłem, po koncercie polubiłem
bardzo. W 2010 KASABIAN na Open’erze dali ciała, teraz się porządnie
zrehabilitowali. Ja zakończyłem festiwal na koncercie ST.VINCENT, i to było
wspaniałe zakończenie, wszystkie medale i kwiaty. I to by było na tyle, do
następnego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















