wtorek, 17 stycznia 2017

Las, 4 Rano




Nie chcę kategoryzować cierpienia, jednak będąc rodzicem mogę się domyślać jak wielką i potężną tragedią jest śmierć własnego dziecka. Coś takiego przeżył Jan Jakub Kolski. Jego nowy film "Las, 4 rano" to osobista próba rozliczenia się z tą traumą. Dedykowany jest Zuzi, tragicznie zmarłej córce reżysera. Scenariusz powstał we współpracy Jana Jakuba Kolskiego z dawno niewidzianym na filmowym ekranie, Krzysztofem Majchrzakiem.

Tak, drogi tych dwóch osobowości naszego kina znowu się przecięły. Wcześniejsze ich spotkania nigdy artystycznie nie zawiodły. Dla mnie ten reżysersko-aktorski duet był gwarancją bardzo dobrej filmowej roboty ("Historia kina w Popielawach", "Pornografia"), czy wręcz powodem ciarek na plecach, jak w przypadku "Cudownego miejsca". Tam Krzysztof Majchrzak w roli trochę nietypowego księdza rozsadzał ekran.

Zresztą, Krzysztof Majchrzak zawsze był trochę "nietypowy" Nietypowy na tle reszty naszego środowiska aktorskiego. Facet, który ma mój szacunek za to, że nigdy nie obrazi mnie jako widza. Obecnością w jakimś debilnym serialu, czy tzw. "polskiej komedii romantycznej", albo jakimś tutejszym wyrobie sensacyjnopodobnym.

Ostatnio w internecie na pewnym znanym portalu (tak pomiędzy artykułem "Jak zrobić bezę bez jajek" a informacją o pewnej celebrytce co to "swoją przemianą rzuciła na kolana całą Polskę") przeczytałem wywiad z Krzysztofem Majchrzakiem. Mówi dużo o swojej roli w filmie "Las, 4 Rano", ale nie tylko. Już tytuł jest intrygujący, "Skrzętnie w sobie pielęgnuję czysty, uliczny, wk*rw.". Gdy dziennikarka stwierdza, że dużo w nim złośliwości jak na osobę, która twierdzi, że kocha człowieka, odpowiada:
"Bardzo dużo. Co więcej, skrzętnie ją w sobie pielęgnuję. Nienawidzę frajerów i lansiarstwa. Jestem śmiertelnym wrogiem tego typu działań. Pani to nazwała stanowczo zbyt delikatnie - to nie jest żadna złośliwość, to jest czysty wk*rw. Czysty, uliczny wk*rw!" 
Wcześniej jednak padają też inne, ważne  słowa:
"Kocham wspólnotę, braterstwo. Nawet w najcięższych próbach życia chcę się komunikować. I nie z ludźmi, bo ludzi nie cierpię. Ale z człowiekiem. Kocham człowieka w jego pięknej, niepowtarzalnej, jednostkowej strukturze. Jego dobro. Jego nieszczęście i jego euforię"
Warto przeczytać, całość dostępna tutaj.

Może jest w nim dużo złośliwości dla skomercjalizowanego, zaludnionego przez zombie-celebrytów świata, ale jeszcze więcej talentu. Bo Krzysztof Majchrzak stworzył w filmie "Las, 4 rano" swoją kolejną wybitną rolę.

Film przedstawia, jak to określił sam aktor, człowieka, a właściwie korporacyjną gnidę, którą dotknęło wielkie nieszczęście. Nieszczęście wyrzucające jakby na drugą stronę ludzkiej egzystencji, drastycznie innej od jego dotychczasowej. Co właściwie robi w lesie? Według Jana Jakuba Kolskiego idzie tam po ratunek, po dotknięcie czegoś prawdziwego, doświadczenie na nowo świata. Reżyser sam przyznaje, że po śmierci córki żył na czworakach, Był złamanym bólem pełzającym leśnym stworzeniem ledwo przypominającym człowieka. Znamienne jest wykorzystanie w filmie cytatów z Księgi Hioba, oto jeden z nich: "Choćbym się w śniegu wykąpał, a ługiem umył swe ręce;umieścisz mnie tam, na dole".

Mimo, że ten film ma oczywiście bardzo osobisty wydźwięk, wrażliwość Kolskiego i Majchrzaka potrafiła wynieść "Las, 4 rano" na wyższy, metaforyczny poziom. I będę się upierał, że panowie nadal potrafią stworzyć coś zupełnie odrębnego na tle całego polskiego kina.
Szanuję to i doceniam.

wtorek, 10 stycznia 2017

Ze śmiercią mu (nie) do twarzy, czyli muzyczno-osobiste zamknięcie 2016 roku.




Długo zastanawiałem się czy robić muzyczne podsumowanie 2016 roku. Z jednej strony spora ilość bardzo dobrych płyt, z drugiej prawdziwe igrzyska śmierci. Chyba jeszcze żaden wcześniejszy nie był tak śmiercionośnym rocznikiem, jeżeli chodzi o muzycznych idoli. Właściwie można powiedzieć, że 2016 zaczął się od odejścia (David Bowie) i skończył się na odejściu (George Michael). Do tego Prince, Leonard Cohen czy Lemmy z Motorhead (choć on dokładnie zmarł 28 grudnia 2015). To już właściwie nie tylko muzycy, to postacie ikoniczne chyba dla paru pokoleń. Dla mnie na pewno.

Z każdym z nich oprócz muzyki wiąże mnie jakaś osobista historia. Posiadanie kasety Wham uczyniło mnie na pewnej szkolnej dyskotece w podstawówce zauważalnym w oczach starszych kolegów i koleżanek. Nagle od smyka z trzeciej klasy nawet ósmoklasiści chcieli ją pożyczyć. George Michael i Andrew Ridgeley uczynili mnie tamtego wieczoru ważnym i ja im tego nie zapomnę.

Kiedy około trzech lat później mama sprezentowała mi gramofon zaczęło się zbieranie płyt. Za chwilę pod strzechy trafiły kompakty, jednak wtedy najważniejsze były winyle. Kupione "Purple Rain" Prince'a od razu zaczęło należeć do mojej żelaznej kolekcji. Trochę inaczej było z albumem "I'm  Your Man" Leonarda Cohena, nie chwyciła wtedy, odegrała rolę prezentu i przydała się komuś z mojej rodziny. Po latach bardzo ją doceniłem, chętnie wziąłbym z powrotem, ale przecież nie wypada. Za to Cohena wypada słuchać zawsze.

Lemmy Kilmister, to był gość. Pamiętam te wszystkie nastolatkowe podziały wśród miłośników ciężkiej muzy na początku lat 90. Zwolennicy metalu (tego cięższego i lżejszego), punkowcy, hardcorowcy, każdy zajmował się wtedy raczej swoim ogródkiem. Warto sobie przypomnieć jaka akcja miała miejsce jeszcze w 1998 roku, kiedy do Spodka zawitał Slayer, a przed nimi grał System Of A Down. Fani Slayera dosłownie zmietli swoimi gwizdami System, a wokalista Serj Tankian oberwał bułką. Po prostu panowie ze swoim makijażem, ruchem scenicznym za bardzo zaburzyli percepcję przeciętnego metalowca. Trochę ironizuję, teraz takie muzyczne zasklepienie i zaślepienie raczej śmieszy, w latach 90 niestety się zdarzało. Co jednak ma z tym wspólnego Lemmy? Ano to, że facet ze swoim Motorhead godził zwaśnione strony, szanowali go wszyscy bez względu na ilość oleju w głowie i tak pozostało do końca.

Do spotkania z Davidem Bowie miało dojść w lipcu 1997. Wtedy był planowany jego koncert w Gdańsku na stadionie Lechii. Niestety bilety sprzedawały się fatalnie (poszedł chyba niecały 1000) i wydarzenie odwołano. Do tej pory trochę mi zgrzyta, kiedy widzę jak okazuje się po śmierci Bowiego, że prawie każdy w Polsce był jego fanem. Ale co tam, zawsze lepiej docenić późno niż wcale.

Natomiast koncert Prince'a było mi już dane zobaczyć. Dziesiąte urodziny Opener Festival w 2011 głównie ze względu na jego ponad dwugodzinne show zapamiętam do końca życia.

Z tego co do tej pory napisałem wygląda to bardziej jako podsumowanie na Wszystkich Świętych, ale cóż, taki rok. Musiałem tych artystów jakoś po swojemu pożegnać, choć to chyba złe słowo, bo o jakim tu pożegnaniu mówić, skoro za chwilę zarzucę sobie "Low" Davida Bowie, czyli coś nieśmiertelnego.

Na koniec żeby jednak tradycji stało się zadość moja ulubiona płytowa dziesiątka (zagraniczna i polska) 2016, kolejność dowolna.

Tam
IGGY POP - Post Pop Depression
SAVAGES - Adore Life
MICHAEL KIWANUKA - Love & Hate
GOJIRA - Magma
SHABAKA AND THE ANCESTORS - Wisdom of Elders
VAN MORRISON - Keep Me Singing
DINOSAUR JR - Give a Glimpse of What Yer Not
JESU/SUN KIL MOON - Jesu/Sun Kil Moon
DE LA SOUL - and the Anonymous Nobody...
LEONARD COHEN - You Want It Darker

Tu
HENRY DAVID'S GUN - Over the fence...and far away
FURIA - Księżyc milczy luty
KRISTEN - Las
BRODKA - Clashes
ORGANEK - Czarna Madonna 
JULIA MARCELL - Proxy
HEY - Błysk
SORRY BOYS - Roma
LOTTO - Elite Feline
PINK FREUD - Pink Freud plays Autechre






   

piątek, 18 listopada 2016

Ørganek "Czarna Madonna". Szemrana transakcja z happy endem.


„Duszę sprzedałem jakem Organek/ teraz w sercu mam ranę/ a na wieki pozostał tylko blichtr/ Czyli nic”

Tak śpiewa Tomasz Organek w najlepszym, moim zdaniem, utworze na płycie "Ki Czort” (z gościnnym udziałem Nergala). To numer to piękne nawiązanie do starej bluesowej tradycji i narracji w stylu legendarnego Roberta Johnsona. Facet spotyka na rozstaju dróg diabła i dokonuje szalonej transakcji. Po co jednak być takim pesymistą? Jeżeli efektem sprzedania swojej duszy ma być udana płyta, to się na ten moment opłaciło. Ale mówiąc serio, byłem już entuzjastą albumu "Głupi", teraz twierdzę, że "Czarna Madonna" jest jeszcze lepsza. Przy czym nie ma tutaj żadnej rewolucji, jest za to udoskonalenie brudno-rockowej formuły z bluesowo-psychodelicznymi naleciałościami. Choć początek trochę zaskakuje. Instrumentalna "Introdukcja" ładnie się początkowo rozpędza, żeby w środkowej części zwolnić i przejść w lekko elektroniczny klimat rodem z twórczości duetu Air. Ładna odmiana, pomyślałem. Jednak już przy "Rilke" wracamy na znajomą nam z poprzedniej płyty ścieżkę. Singiel "Mississippi w ogniu" miał u mnie fory od samego początku. Tak to jest, kiedy utwór nosi nazwę klasycznego już filmu w reżyserii Alana Parkera gdzie główne role grają jedni z moich ulubionych aktorów Gene Hackman i Willem Dafoe. Dobrze się kojarzy i dobrze się słucha. Sekcję anglojęzyczną reprezentują na "Czarnej Madonnie" dwa utwory, "Get It Right” i "Son of a Gun”. Jeden i drugi podąża drogą surowego, ale eleganckiego brzmienia w stylu Black Keys/White Stripes/Jon Spencer Blues Explosion (niepotrzebne skreślić).

Czemu ja tak ciągle z tymi porównaniami? Ano dlatego, że sam artysta mnie sprowokował w jednym z ostatnich swoich wywiadów gdzie twierdzi: "Mamy XXI wiek. Teraz inaczej tworzy się sztukę. Dziś polega to głównie na robieniu klisz, przeklejaniu jednych rzeczy w drugie. Ktoś mówi, że słyszy u mnie Zeppelinów, czy Doorsów. No tak, masz słyszeć. Może to szumnie zabrzmi, ale tak się dziś robi sztukę na świecie. A nakradłem, ile się da. Na tym to polega. To jest wzięcie jakiegoś gotowca, by wywołać pewne emocje do opowiedzenia swojej historii. Muzyka to tylko platforma." (całość można przeczytać tutaj )

Szczere i uczciwe postawienie sprawy, trzeba docenić. Przypomniałem sobie słowa Jima Jarmuscha: "Nic nie jest oryginalne. Kradnij ze wszystkiego, co wpływa na twoją inspirację lub napędza twoją wyobraźnię. Wchłaniaj stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Wybieraj tylko te rzeczy, z których masz kraść, które przemawiają bezpośrednio do twojej duszy. Jeśli tak zrobisz, twoje prace – i kradzieże – będą autentyczne. Autentyczność jest bezcenna; oryginalność nie istnieje. I nie zawracaj sobie głowy ukrywaniem swojego złodziejstwa – obnoś się z nim, jeśli masz na to ochotę." 

Tomasz Organek uważa, że dla niego muzyka jest platformą, nośnikiem, formą wyjścia z przekazem a najważniejsza jest chęć operowania słowem i szansa mówienia do ludzi. Czyli jak jest z tym przekazem na nowej płycie? Poprzednia po części traktowała o złych kobietach, na tej w tym przypadku występuje delikatny optymizm. Kluczowym utworem jest tytułowa "Czarna Madonna", jak sam artysta podkreśla, najpiękniejsza i najważniejsza piosenka jaką kiedykolwiek napisał. On tam nie śpiewa do Matki Boskiej, adresatem tego utworu jest kobieta i ona jest jego zbawicielką. Mocny utwór i mocny tekst. Świetny, mówiący o miłości w sposób ostry jak brzytwa jest też "Rilke" inspirowany wierszem "Zgaś moje oczy". Ja, ponieważ jestem z tego samego pokolenia co artysta, uśmiecham się przy "HKDK" gdzie słyszę "Hardcore i disco/widziałem już wszystko".

Tak sobie myślę odnośnie ciągle rosnącej popularności Organka, że może rzeczywiście doszło do diabelskiej transakcji i przed artystą już teraz tylko blichtr, wywiady, autografy i wizyty w zakładach pracy. Ale nawet jeżeli to prawda, to i tak rogaty został przechytrzony, bo to tylko niezbyt ważny dodatek. Najważniejsza jest treść, ta płyta zaspokaja moje zapotrzebowanie na rockowy konkret osadzony w szlachetnej tradycji. Jeżeli dodamy do tego szorstkie, ale i romantyczne spojrzenie na miłość, to ja to lubię, słucham, i w swojej pierwszej dziesiątce polskich ulubionych płyt 2016 roku umieszczę.

 

sobota, 1 października 2016

Ostatnia rodzina. Wiwisekcja perfekcyjna i (nie)wiarygodna.



Miało być o filmie, ale wyszło jak to zazwyczaj u mnie prywatnie i osobiście. Bo temat mi bliski i bohaterowie nieobojętni, rodzina Beksińskich. Zacznijmy jednak od filmu. Przez ostatnie dni dosłownie potykałem się o entuzjastyczne recenzje "Ostatniej rodziny". Na festiwalu w Gdyni zgarnął sporo nagród, prawie wszyscy krytycy od morza do Tatr chwalą na potęgę. Czyli wystarczyło tylko pójść, dopisać się do listy zachwytów i temat zamknięty. Rzeczywiście niby wszystko w tym filmie działa bez zarzutu. Historia opowiedziana w sposób  posępny jednak podlana lekko czarnym humorem wywołującym uśmiech, który później zamiera na twarzy. Realia PRL odtworzone przekonująco, świetna scenografia, widać bardzo mocną dbałość o szczegóły. WYBITNA rola Andrzeja Seweryna jako Zdzisława Beksińskiego. Zawsze twierdziłem, że gdyby ten wspaniały aktor (tak jak choćby Christoph Waltz) miał szansę wyjść poza Europę i grać w USA, dawno już byłby zdobywcą Oscara. Albo wspaniała Aleksandra Konieczna jako Zofia. Matka i żona, osoba niby pozostająca w cieniu, jednak w jakimś stopniu stabilizująca tę rodzinę.

W czym więc problem? W tym, że jednak pojawiło się parę odmiennych od ogólnego zadowolenia głosów, których nie sposób zlekceważyć. Najsilniej chyba zabrzmiał ten Wiesława Weissa, redaktora naczelnego "Teraz Rocka", autora niedawno wydanej książki "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy". Odnosząc się do tej konkretnej postaci autor stwierdza: "...znałem Tomka dwadzieścia lat, ale nigdy nie widziałem takiego Tomka, jakiego pokazali scenarzysta Robert Bolesto, reżyser Jan P. Matuszyński i aktor Dawid Ogrodnik". Dalej mocno wzburzony stwierdza:"Tomek nie był świrem i półgłówkiem, a taką postać WYMYŚLILI panowie Bolesto, Matuszyński i Ogrodnik i nazwali ją Tomasz Beksiński. Bo co? Bo jeśli ktoś nie żyje, można wszystko? Można wskoczyć na jego grób i wykonać na nim taniec huculski z przytupem?". I kończy ostro:"Ostatnia rodzina to nieuczciwy, nikczemny film. I nawet jeśli zbierze wyłącznie entuzjastyczne recenzje oraz otrzyma nagrody na wszystkich festiwalach świata, nie wspominając o Oscarze, pozostanie nieuczciwym, nikczemnym filmem. Niestety." (całość można przeczytać  tutaj ).

Oho, pomyślałem sobie, znowu odwieczny dylemat "prawda czasu czy prawda ekranu". Czy film w jakimś stopniu zakłamujący rzeczywistość może być wybitny? A może to nie ma znaczenia, może w tym przypadku potraktować to jako fascynującą, ale luźną fantazję opartą o dzieje pewnej nieprzeciętnej rodziny? Tylko może wtedy trzeba przestać twierdzić, że to jest film o Beksińskich?

Wyszedłem z kina lekko zdezorientowany, bo przecież nie znałem Tomasza Beksińskiego osobiście. Ale kilkadziesiąt wysłuchanych audycji i przeczytanych artykułów zostało już w głowie na zawsze i zbudowało obraz człowieka. Zawsze wolałem go jako dziennikarza piszącego. To prawda, jako radiowiec był unikalny i jego audycje nie pozostawiały mnie obojętnym. Jednak nie miałem do nich jednoznacznego stosunku. Czasami potrafił mnie poważnie wzruszyć, czasami raziła zbytnia egzaltacja i pretensjonalność. Najsilniejsze radiowe związki z audycjami Tomasza Beksińskiego miałem pod koniec lat 80, kiedy jako dzieciak z podstawówki odkrywałem w sobie pasję muzyczną, a on był  jednym z wielu fantastycznych dziennikarzy związanych z programem trzecim. Tam wtedy była wyjątkowo silna ekipa. Wojciech Mann, Piotr Kaczkowski, Marek Niedźwiecki, Jan Chojnacki , ale do tego też bardzo ważni dla mnie Marek Wiernik od zgrzytających hardcorowo-punkowych dźwięków, Roman Rogowiecki od metalu, Jerzy Kordowicz od elektroniki czy Jan Ptaszyn Wróblewski od jazzu (i tak wszystkich nie wymieniłem) Być może trochę patetycznie to zabrzmi, trudno, za to prawdziwie: ich audycje były dla mnie jak wykłady, a oni jak profesorowie. Tomasz Beksiński edukował mnie wtedy w zakresie zespołów skupionych wokół wytwórni 4AD, rocka progresywnego czy popularnego wtedy nurtu new romantic.

To co czasami mnie raziło w jego audycjach radiowych, przestawało w artykułach. Wracam do sierpniowego numeru Magazynu Muzycznego z 1989 roku, gdzie na jednej stronie wymienia swoje dziesięć ulubionych płyt lat 80, a na drugiej pisze osobiście i z humorem o swoim ojcu: Oto fragmenty: "Znamy się na świetnie na kumpelskich zasadach, a jego malarstwo to jego prywatna sprawa, w którą nie wnikam. On rzadko słucha moich audycji, a ja nigdy nie wiem, co ostatnio malował. (...) Stary był dla mnie zawsze przede wszystkim facetem, z którym można było pójść do kina, posłuchać muzyki, pożartować lub podyskutować na różne tematy. Był też zawsze normalny - tolerował długie włosy, gdy nauczyciele w szkole dostawali na ich widok czkawki, uwielbiał ostry rock i filmy z rozbijaniem samochodów. Taki jest - na szczęście - nadal." Warto sięgnąć do całości tego artykułu, choćby dlatego, żeby poczytać o ich relacjach z tzw. bezpośredniego źródła nieprzetworzonego artystycznie. Jego pisanie obfitowało w kategoryczne stwierdzenia, jednak było interesujące i wciągające. Dlatego kiedy później miał swój stały felieton w "Tylko Rocku" pt. "Opowieści z krypty" to właśnie od nich zaczynałem lekturę pisma. Zawsze było mi też bliskie jego uwielbienie dla Monty Pythona, których znakomicie i z wyczuciem tłumaczył na język polski.

Mógłbym jeszcze tak długo, ale przecież miało być o filmie. No właśnie, czy Dawid Ogrodnik stworzył na ekranie wiarygodnie postać Tomasza Beksińskiego? Czy jednak grubo ciosany,  jednowymiarowy portret (a może nawet karykaturę) tego wrażliwego i inteligentnego człowieka? Oczywiście rozumiem, że ta rola, to tylko część większej całości i koncepcji, jednak rzuca się cieniem na "Ostatnią rodzinę". Może dla tych, którym postać Tomasza Beksińskiego do tej pory niewiele mówiła będzie wszystko ok, ja mam mieszane uczucia.

Przyznaję, ten rodzinny mikroświat został pokazany perfekcyjnie, jednak mnie pozostawia pękniętym. Idę posłuchać Sisters of Mercy, Joy Division albo Talk Talk, może się posklejam.







piątek, 23 września 2016

25 lat "Nevermind" Nirvany, czyli kieliszek spirytusu.


Mieszkanie w bloku, a w nim troje szesnastolatków, ja, mój kolega i jego dziewczyna. Spokój, nuda, brak kasy i koncepcji na wieczór. Jedynym plusem było to, że jej rodzice sobie gdzieś poszli. Można było rozgościć się w stołowym, włączyć telewizor i zerknąć co tam ciekawego leci w MTV. Do tego dziewczyna kumpla przypomniała sobie, że starzy w kredensie trzymają swoje zapasy alkoholu i kiedy strzelimy sobie po kieliszku wódki na pewno się nie zorientują, że coś uszczknęliśmy. To była całkiem kusząca koncepcja! Niestety, pełen entuzjazmu nie zauważyłem wcześniej ich porozumiewawczych spojrzeń, kieliszek wychyliłem szybko i równie szybko znalazłem się w łazience chłepcząc łapczywie wodę z kranu. Paliło jak diabli! Celebrując swoje czerstwe poczucie humoru moi znajomi postanowili sobie zrobić jaja i nalać mi czystego spirytusu. 

Kiedy wróciłem do pokoju z konkretną (nienadającą się do cytowania) słowną ripostą, z telewizora akurat leciały intrygujące dźwięki. Jeszcze do tego to video, co to miało być? Jakaś syfiasta sala gimnastyczna, dziwne cheerleaderki (ta "anarchia" na koszulce), cieć tańczący z kijem od szczotki a pod koniec jedna wielka  zadyma. W środku tego szaleństwa trzech gości grających z wyjątkową determinacją. Stałem, gapiłem się, na koniec metka: Nirwana, "Smells Like Teen Spirit". Kurtyna.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Jednak skłamałbym, gdybym powiedział, że z nazwą zetknąłem się wtedy po raz pierwszy, słyszałem już jakiś numer w Trójce przy okazji ich wcześniejszej płyty. Porządniej jednak ruszyło dopiero przy okazji wspomnianego zdarzenia. Teraz po latach myślę, że usłyszenie (i zobaczenie) wtedy "Smells Like Teen Spirit" było niczym walnięcie spirytusu na drugą nogę. Też zapalił od środka, tym razem emocjonalnie. Później zakup płyty "Nevermind" i już poooszło.

Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałem, że mam do czynienia z czymś co później zostanie określone mianem klasyki, ostatniej poważniejszej rockowej rewolucji, pokoleniowego wydarzenia. Warto sobie przypomnieć cały muzyczny kontekst początku lat 90. Poprzednia dekada była ciekawa i dużo się działo, jednak już w drugiej połowie lat 80 w USA pod względem komercyjnym zaczęły dominować zespoły określone mianem  pop metalu, czy (mówiąc bardziej złośliwie) hair metalu. Kapele w stylu Motley Crue, Poison zaczęły się mnożyć jak króliki, często od muzyki ważniejszy był odpowiedni makijaż, natapirowana fryzura, gołe panienki w otoczeniu, totalne pozerstwo i kicz. "Sex and drugs and rock&roll" dla ubogich w karykaturalnym wydaniu.  Oczywiście taka muzyczna opcja też ma swoich fanów i swoje miejsce, ale w tamtym czasie od  natłoku tego typu grup zrobiło się trochę duszno i nudno.

Płyta Nirvany była jak wybicie okna w zasmrodzonym pokoju i wrzucenie tam granatu. Oczywiście ktoś powie, że jeszcze przed tą płytą można było dojrzeć pewne zmiany i też będzie miał rację. Już prężnie działała scena z Seattle, grupy skupione wokół wytwórni Sub Pop ( m.in. Soundgarden, Mudhoney, Tad). Chwilę przed "Nevermind" swoją premierę miał "Ten" Pearl Jam, czy genialny album Temple of the Dog. Ale to tak naprawdę sukces Kurta Cobaina i spółki katapultował resztę podobnych grup w miejsce dotychczas dla nich nieosiągalne. Czyli do mainstreamu. Zrobili przysługę wielu kapelom, które już dłużej uprawiały swoje poletko, na szersze wody wypłynęli przy okazji (od dawna już cenieni) Sonic Youth. Do tego Jane's Addiction, Faith No More, Alice In Chains, gwiazdorski status osiągnął Red Hot Chili Peppers, już po debiucie do podboju szykował się Smashing Pumpkins, a to był tylko wierzchołek góry lodowej. Nagle mnóstwo dobrej muzyki zaczęło królować w MTV. Gitarowy brud trafił pod strzechy i na salony. 

Cała pierwsza połowa lat 90 to był dobry czas dla tego typu muzyki. Może dlatego, że była tak ważna dla  ówczesnego młodego pokolenia, była krzykiem pewnej generacji. Generacji X. Mam wrażenie, że już nigdy później rock nie zajmował tak ważnego miejsca, a umysły młodzieży zaczął później kształtować hip-hop czy rave i techno. Oczywiście były pewne próby stworzenia kolejnej rockowej rewolucji, do tej pory pamiętam pompowanie na przełomie wieków grupy The Strokes i paru im podobnych. Jednak w tym przypadku (niezależnie od skądinąd dobrej muzy) wiało już lekką sztucznością i odgórnym kreowaniem mody przez niektórych krytyków i speców od wizerunku

Początek lat 90 to czasy bez internetu, telefonów komórkowych i talent show. Swoją drogą wyobrażacie sobie Nirvanę występującą przed  panem zblazowanym celebrytą pompującym swoje ego, albo Kurta Cobaina słuchającego wywodów pani od śpiewu? Wolne żarty. Jeżeli chodzi o pop to ok, inna półka, ale te wszystkie obecne niby rockowe czy metalowe kapele płaszczące się przed jakimś jury? 

Bunt zdechł, za to mamy utalentowanych artystów radośnie fikających w reklamach i nachalnie wciskających nam co się da. Nirvana była natomiast z epoki, gdzie, tu cytat z pewnej ważnej dla mnie książki "...ludzie jeszcze się upierali, że lepiej jest być niż mieć. I nie zawsze to była hipokryzja".

Ok, ale gdyby obedrzeć "Nevermind" z całej tej kulturowej otoczki i zostawić samo muzyczne mięcho, to co: broni się nadal czy nie? Krótko i bez uniesień: dobre utwory obronią się same bez względu na kontekst. Choć w  moim przypadku kiedy słyszę "Come as You Are", "Drain You", "Breed", czy mój ulubiony "Lounge Act" ( choć tak naprawdę bez sensu to wymienianie, bo chłonę całość) to trudno się tych uniesień pozbyć.

Przyznaję, mieliśmy z "Nevermind" tzw. "ciche dni". Przez pewien moment wkradła się w nasze pożycie rutyna. Jednak wystarczyło trochę od siebie odpocząć, trochę inaczej na nią spojrzeć (w końcu kupiłem tę płytę w wersji deluxe z ciekawymi dodatkami) i namiętność wróciła.

"Nevermind", obiecuję, że Cię już nie opuszczę.

wtorek, 6 września 2016

Open'er Festival. Pełne zanurzenie.




To miało być podsumowanie tegorocznego Open’era, ale kiedy usiadłem do pisania, to się rozpędziłem, nie wyhamowałem, wypadłem z trasy i przy okazji cofnąłem w czasie. Czyli napisałem małe podsumowanie wszystkich dziesięciu, na których do tej pory byłem.

Pierwszy raz trafiłem tam w 2004 roku. W porównaniu z tym co jest teraz, to było kameralna impreza w centrum Gdyni (Skwer Kościuszki). Właściwie tylko czterech głównych wykonawców z różnych bajek (Cypress Hill, Pink, Goldfrapp, Massive Attack). Jeszcze nie wiadomo było, w którą stronę ten festiwal pójdzie i jak się rozwinie. Ja go raczej zapamiętałem (ze względu na silną rodzinno-przyjacielsko-koleżeńską grupę wsparcia) jako udane przedsięwzięcie towarzyskie. Koncertowo też było dobrze, jednak bez większych fajerwerków.

One pojawiły się rok później. Miejsce to samo, scena ustawiona przodem do morza, jest klimat, natomiast wyraźnie zaczyna brakować miejsca. Więcej wykonawców, więcej publiczności. Z tamtego roku w pamięci pozostaną głównie dwa koncerty: The White Stripes i Lauryn Hill. Jack White i Meg White, o Posejdonie, jak oni wtedy mną rozbujali! Po wszystkim kręciło mi się w głowie, jakby ktoś wsadził mnie na stojący niedaleko „Dar Pomorza” i kazał płynąć w sztormie dookoła świata. Jak powiedziałby jakiś komentator sportowy, idealnie trafili z formą na te mistrzostwa...tfu, na ten festiwal. Lauryn Hill natomiast przycisnęła mnie mocno swoim soulowo-funkowym brzmieniem. Przywiozła ze sobą dość liczną i silną ekipę, było rozrywkowo, ale jednocześnie trochę buntowniczo i rewolucyjnie, ona te słodko-gorzkie smaki potrafiła wtedy idealnie łączyć.

Po tamtej edycji z różnych powodów pożegnałem się z Open’erem na parę lat. Ominęły mnie edycje z 2006, 2007 i 2008 roku. W tym czasie festiwal rozrósł się, przeniósł się w inne, dużo bardziej przestronne miejsce i stał się jednym z najważniejszych wydarzeń muzycznych w Europie. Ja wróciłem tam w 2009 i od tej pory wracam regularnie co roku. Wtedy konkretnym magnesem, który silnie mnie przyciągnął był powrót Faith No More. Ja mam tego nie zobaczyć? Przybyłem, zobaczyłem...a oni zwyciężyli! Nawet zakładając, że jako fan miałem klapki na oczach, to i tak obiektywnie mówiąc mocno ich poniosło. Interakcja z publicznością zadziałała, nastąpiło sprzężenie i wybuch charyzmy Mike’a Pattona i kolegów. Mieliśmy jeszcze przyjemność spotkać się w 2014 roku, ale to już nie było to, panowie podeszli do sprawy bardziej rutynowo. W 2009 zagrali jak banda wściekłych psów, długo głodzonych przed spuszczeniem ze smyczy. Z tamtego roku zapamiętałem jeszcze biegającą bez ładu i składu za to z głosem jak dzwon Beth Ditto z The Gossip, jakby lekko onieśmielonych swoim rosnącym gwiazdorskim statusem Kings of Leon, pewne siebie Placebo i dzikie The Prodigy.

Rok 2010 to powrót Jacka White’a, tym razem z The Dead Weather. I znowu nokaut. Przy wydatnej pomocy Alison Mosshart i reszty zespołu. Pierwszego dnia wielkie tłumy ze względu na Pearl Jam. Niewielu ludzi przejmowało się wtedy występującym przed nimi Benem Harperem, on się też nie przejął i dał piękny bluesowo-rockowo-soulowy koncert.
Co do Pearl Jam, to stanęli na wysokości zadania, ciarki na plecach wystąpiły. Później wrócili do Gdyni w 2014 roku i dali koncert, po którym do dzisiaj mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony widok pociągającego z butelki i coraz bardziej wstawionego Eddiego Veddera, z drugiej porządne zaangażowanie reszty muzyków. Niby przyjacielska, ale trochę bełkotliwa i przydługa konferansjerka między utworami. Sam nie wiem czy cieszyć się z tego, że Eddie jest kompletnie wyluzowany niczym na spotkaniu ze starymi przyjaciółmi. Czy może jednak było to (choćby niezamierzone to jednak) lekceważenie i protekcjonalne klepanie po plecach? Do dzisiaj nie wiem, co o tym myśleć.

Wracając do 2010 roku, to tam przeżyłem swój najważniejszy koncert ze wszystkich dziesięciu edycji. Oczywiście nie licząc Queens of The Stone Age, ale jak niektórym wiadomo, oni są u mnie poza skalą. Pierwsza w nocy, Tent Stage wypełniony może w jednej trzeciej. A jeszcze w tej jednej trzeciej mówiąc oględnie, były osoby zmęczone długim festiwalowym dniem. Do tego trochę ciekawskich nieznających grupy i paru świrusów, którzy chyba przyjechali tylko na nich. I to raczej nie byli Polacy. Pod sceną luzy jak nigdy. I wyskakują oni. Pavement, legenda amerykańskiej niezależnej alternatywy lat 90. To znaczy legenda tam, czyli w USA. Traktowana z nabożeństwem i wpływowa niczym, dajmy na to, takie The Pixies. U nas niestety niewiele znacząca. Goście dają zabójczy koncert dla garstki zapaleńców i przypadkowych widzów. Pełen zaangażowania, radochy, i poczucia humoru. Mimo gitarowego zgiełku atmosfera intymna jak w małym klubie. Tak, tej kapeli bez uczucia zażenowania można było wtedy powiedzieć z coachingowym zacięciem: jesteś zwycięzcą!

Rok 2011 był słaby. Taki sobie line-up, katastrofalna pogoda, w dodatku z festiwalu wróciłem z poważną kontuzją (pamiętajcie, silent disco to samo zło). Primus wart zapamiętania. Jeszcze Twilight Singers i Fat Freddy’s Drop. Co do reszty to sytuację uratować mógł tylko książę (z muzycznej bajki). I uratował! Prince nie cackał się, pokazał co to znaczy być gwiazdą (w dobrym tego słowa znaczeniu). Przyjechał, zagrał, zostawił publikę z otwartym buziami. Kolejny koncert, który zostanie już ze mną na zawsze.

W 2012 nastąpiła zwyżka formy, ja głównie zapamiętałem wzruszający koncert Bon Iver i zadziorno - progresywne The Mars Volta.
Ale dopiero rok później nastąpił prawdziwy wybuch. Nick Cave! Queens of The Stone Age! Pojechałbym nawet tylko ze względu na nich, a w pakiecie byli jeszcze Blur, The Editors, Skunk Anansie, The National i wielu innych. Ekipa mocna, jak nie przymierzając, połączone składy Realu i Barcelony. O Nicku i Bad Seeds powiem tylko, że kiedy już myślisz, że cię tak sponiewierali, że już bardziej nie można, to oni ci swoim występem mówią: nie synku, jeszcze z tobą nie skończyliśmy, posłuchaj tego i popatrz na to! A Queens of The Stone Age? Gęba uśmiechnięta i szaleństwo pod sceną. Poza skalą, konkurencją i kontrolą. Najistotniejsze wspomnienie z moich dziesięciu Open’erów.

Pamiętam, że bałem się trochę kolejnej edycji. No bo skoro rok wcześniej było trzęsienie ziemi, to jednak będzie to trudno przebić. Ale forma została utrzymana. Byli już wcześniej wspomniani Faith No More i Pearl Jam. Bardzo dobry (choć wiem, że wśród moich znajomych, którzy ich widzieli zdania są podzielone) koncert The Black Keys. I powrót starego, dobrego znajomego, czyli Jacka White’a. Powrót bez wad. Do tego bardzo silna sekcja kobieca (Haim, Warpaint, Lykke Li) i niezawodny jak zawsze Greg Dulli razem z The Afghan Whigs.

Po tłustych latach 2013/2014 nastąpił...nie, nie chudy 2015, po prostu inny. Nie było ewidentnych gwiazd, najciekawsze działo się poza główną sceną. Było trochę spokojniej, ale nadal wartościowo artystycznie. Father John Misty, z narcystycznym, ale jednocześnie pełnym ironii występem, Alabama Shakes, gdzie pani Brittany wokalem prawie wyrwała śledzie z namiotu, w którym występowali. Hardcorowcy z Refused z piekielnie energetycznym i inteligentnym czadem. Wrócili też Prodigy z szalonym show i zagrali tak, jakby tej nocy wzięli razem wszystkie nielegalne wspomagacze, czyli gruchnę, buchnę i domek wam zdmuchnę. Thurston Moore wzbudzający nostalgię za Sonic Youth i starymi, dobrymi czasami. Swans z brzmieniem na granicy fizycznej wytrzymałości. I piękny koncert St. Vincent na zakończenie festiwalu.

A jak było w tym roku? Od początku nerwowo. Tak to jest jak pierwszego dnia są o podobnych porach (i nakładają się na siebie) koncerty PJ Harvey, Savages i Florence and the Machine. Naprawdę jeżeli chciało się je wszystkie zobaczyć, bardzo trudno było uniknąć panicznego i bezładnego biegania między scenami. Jedynie Tame Impala przyjemnie ukoiło mi później skołatane nerwy. W czwartek danie główne, czyli Red Hot Chili Peppers. Też dziwna sytuacja, tego dnia Open’er piłkarski, mecz Polska-Portugalia, ci co nie poszli oglądać meczu, stoją koło mnie i w trakcie koncertu patrzą się w ekrany telefonów śledządz wynik. Zespół bardzo się starał, było lepiej niż ok, ale w moim sektorze klimatu nie było. Klimat był za to następnego dnia na LCD Soundsystem. Niby znając ich płyty i reputację wiedziałem, że może być nieźle, ale to było bardzo daleko od nieźle, było rewelacyjnie! Szybki przeskok na Korteza, żeby zobaczyć jak się fajnie ten artysta rozwija i powrót na Sigur Ros (złoty medal za oprawę i scenografię). Ostatniego dnia drugi najważniejszy koncert festiwalu, czyli robimy rozpierduchę z At the Drive-In. Z pewnych względów to nie będzie edycja zaliczana do moich ulubionych, w pamięci zostanie parę koncertów i silna ekipa koleżeńska.

Nie o wszystkich ważnych koncertach w ciągu tych dziesięciu edycji wspomniałem, bo się nie da, ale to nie znaczy, że nie pamiętam (Tinariwen, Public Enemy, Gogol Bordello, Jessie Ware, Die Antwoord, Rudimental, The Kills, Interpol, Moby, D’Angelo & The Vanguard, Magnificent Muttley, Domowe Melodie, Mary Komasa, Fisz Emade Tworzywo i wiele innych).

Celowo nie pisałem też o całej pozamuzycznej otoczce, wysokich/niewysokich cenach, dobrym/niedobrym żarciu, wszelkich utrudnieniach/udogodnieniach, kto był ten ma pewnie zdanie wyrobione. U mnie to wszystko później się jakoś zaciera i zachodzi mgłą, ale koncerty i spotkani czy poznani tam ludzie nigdy.

Czyli do zobaczenia w przyszłym roku w wiadomym miejscu.


Michał Jędrasik





PS. Wpis dedykowany Łukaszowi Jędrasikowi. Z podziękowaniami za Open’er 2015, ze szczególnym uwzględnieniem koncertu The Prodigy. Wszyscy byliśmy tam wtedy czystą radością. Mam nadzieję, że gdziekolwiek się teraz znajdujesz, jesteś równie szczęśliwy jak wtedy.













wtorek, 21 czerwca 2016

Red Hot Chili Peppers - The Getaway Papryka z widokiem na morze.


Mocno mnie panowie zmęczyli poprzednim albumem "I'm with You". Pamiętam, że musiałem po przesłuchaniu długo leczyć się "Blood Sugar Sex Magic", "Mother's Milk" a nawet cofnąć się jeszcze do "Freaky Styley", żeby przypomnieć sobie za co ich właściwie lubiłem i dlaczego byli dla mnie tak ważni. Oj, potrafiły ptaszki kiedyś wylecieć z gniazda (a właściwie ze skarpet) i unieść się wysoko. Nie czekałem więc na nowe RHCP z jakimś wielkim utęsknieniem, ale pewnej rehabilitacji jednak oczekiwałem.

Przesłuchałem i odetchnąłem. Co ciekawe brzmienie nadal jest dość łagodne. Mimo to różnica między albumami jest taka, jak między poceniem się i wąchaniem wbrew własnej woli przyklejonego do ciebie współpasażera  w zatłoczonym autobusie w upalny letni dzień, a poceniem się w trakcie upojnej nocy z piękną osobą towarzyszącą. Czyli wychodzi na to, że przyjemności jest zdecydowanie więcej.

Bo jest więcej cukru w cukrze, czyli tego co panom kiedyś świetnie wychodziło. Od początku rządzi funkowe bujanie. Pierwsze dwa, tytułowy "The Getaway" i "Dark Necessities" wysoko niosą swoją przebojowością i bezpretensjonalnością. Niewymuszony urok, jakiego dawno u RCHP nie słyszałem. Jeżeli do tego damy następny, trochę bardziej zadziorny (przynajmniej na początku) "We Turn Red" robi się obiecująco. Niestety, żeby nie było za słodko, za moment przynudzają balladą "The Longest Wave". Tak, tęskni się do ich dawnych "wolniaczy". Sytuację próbuje ratować bardziej rockowy, dozujący napięcie "Goodbye Angels". Jednak tak naprawdę poziom endorfin się podnosi, gdy wracamy do funkowego uniformu w "Sick Love" (słodko-kwaśny, seksowny kawałek) i tanecznego "Go Robot". Są też na płycie przedstawiciele trochę bardziej agresywnego podejścia, udany "Detroit" i momentami najostrzejszy jaki im wyszedł od ładnych paru lat, pokręcony i paprykowy "This Ticonderoga". Pod koniec płyty gdy dostajemy dwa wolniejsze i spokojniejsze utwory ("Encore" i "The Hunter") napięcie niestety trochę siada. Ostatnim numerem jest jednak znakomity, lekko psychodeliczny "Dreams Of A Samurai" z tłustym basem i wyrazistą gitarą, świetne zamknięcie płyty.

Wychodzi na to, że minusy nie przesłaniają plusów. Do tego bardzo dobra produkcja, pan Burton czyli Danger Mouse już się o to postarał. Dosypał Papryczkom jeszcze więcej basu. Wiem, Flea ze swoim instrumentem to nieodłączna część RHCP, jednak miałem wrażenie, że ostatnio było go jakby trochę mniej. Tu jego obecność wali po uszach porządnie i bardzo dobrze.

"The Getaway" to naprawdę wyluzowana i imprezowa płyta. Bez silenia się na "klasyczność i ponadczasowość". Czuję się jakby panowie zaprosili mnie na niezobowiązujące party na które nie muszę wbijać się w garnitur. Wchodzę, biorę drinka i idę na hamak albo na parkiet, bez ciśnienia. Aha, muszę dodać, że to impreza w chacie z widokiem na morze, bo przecież za chwilę widzę się z nimi w Gdyni na Open'erze. Wywróżyłem sobie z czerwonej papryki, że kilka utworów z tej płyty może fantastycznie sprawdzić się koncertowo.