czwartek, 21 kwietnia 2016

"VINYL". Hedonistyczna płyta z przeszłości.




Jeżeli słyszę, że będzie serial o środowisku muzyczno-artystycznym, który ma być opisem pewnej minionej epoki, a w dodatku firmują go tacy ludzie jak Martin Scorsese i Mick Jagger, to zapala się u mnie zielone światło z nadzieją na pełnokrwistą i szaleńczą jazdę bez trzymanki. Nie mogłem sobie więc odpuścić, zaliczyłem sezon pierwszy, który właśnie się zakończył. I od razu mogę powiedzieć, że to było trochę jak przejażdżka rollercoasterem. Zachwyci albo zemdli, albo momentami jedno i drugie, w każdym razie nie pozostawi obojętnym. Mnie zostawił z otwartą buzią i galopadą myśli, które teraz niczym  puzzle próbuję ogarnąć i uporządkować.

Mamy rok 1973, całe branża w pełnym hedonistycznym rozkwicie. Główny bohater jest szefem wytwórni płytowej, z którą osiągnął duży sukces. Jednak nadmiar używek, błędne decyzje biznesowe jego i kolegów, niesprzyjające okoliczności oraz ostra konkurencja sprawiają, że zaczyna mu się palić grunt pod nogami, a właściwie to już sytuacja grozi wielkim pożarem z wybuchami.

Pilot serialu wyreżyserowany przez Martina Scorsese daje nam wyraźny obraz tego, co nas czeka. Czuć mocno rękę tego artysty, akcja pędzi do przodu niczym pociąg TGV, dialogi są błyskotliwe i ostre jak brzytwa, a "sex and drugs and rock and roll"  leje się z ekranu strumieniami. Inna sprawa to bohaterowie tej opowieści, którzy od początku nie wzbudzają w nas zbytniej sympatii. I tu też widoczna jest ręka Scorsese, pamiętacie choćby "Chłopców z ferajny"? Genialne to było, ale oglądało się trochę na zasadzie jakiegoś programu przyrodniczego pt: "Życie drapieżników" z komentarzem czytanym przez panią Krystynę Czubównę w stylu, "a teraz lew dopadnie i zje antylopę". Nie wspominając już o tych dupkach (na czele z głównym bohaterem) zaludniających ekran w także skądinąd świetnym "Wilku z Wall Street". Ale po pierwszych dwóch godzinach byłem na tyle porządnie zachęcony, że wciągnąłem się w opowieść z takim samym entuzjazmem z jakim wciąga się w tym filmie kokainę.

Co dostałem w zamian wraz z resztą odcinków? Wyrazisty, precyzyjny i fascynujący zapis pewnej muzycznej epoki, z całym swoim blichtrem, gwiazdorstwem. Wydawało się jeszcze, że można ostro balować bez ponoszenia konsekwencji, to dopiero w następnej dekadzie AIDS miało rozpocząć swoje piekielne łowy. Chwilę przed nadchodzącymi zmianami, tuż za rogiem czaił się już przecież choćby punk rock (w filmie dużą rolę odgrywa fikcyjna grupa Nasty Bits, ze swego rodzaju proto-punkowym podejściem w stylu The Stooges i MC5)  a z zupełnie przeciwległej strony nadchodziła era disco. Cały czas jesteśmy oczywiście bombardowani muzyką z tamtego okresu, przewija się wiele prawdziwych jak i wymyślonych na potrzeby serialu kapel. Swoją działkę ma w "Vinylu" Led Zeppelin ze swoim szalonym menadżerem Peterem Grantem (kapitalna rola brytyjskiego aktora, Iana Harta). Jest przesiąknięta czarnym humorem historia, w której przewija się Alice Cooper, na ekranie pojawiają się też The Velvet Underground, Andy Warhol, David Bowie, John Lennon, Bob Marley, będzie tam nawet pionier i ojciec chrzestny hip-hopu  DJ Kool Herc. Oddzielną bajką jest świetna historia z królem Elvisem. Dodajmy do tego jeszcze brzmiącego często w tle krwistego bluesa, czy funky i ja już sam do siebie mogę powiedzieć "będzie pan zadowolony".

Odrębne miejsce zajmuje główny bohater, Richie Finestra, gość raczej nie z tych, co dadzą się bezgranicznie lubić. Niejednoznaczna postać, facet równocześnie kochający i krzywdzący swoją rodzinę, bezgranicznie oddany swojej pracy. Próbujący podnieść się z upadku charyzmatyczny typ, który (żeby zmobilizować swoich pracowników do tego, aby w ekspresowym tempie znaleźli jakiś nowy, obiecujący talent) potrafi wygłosić taką gadkę motywacyjną: "Cofnijcie się myślą do pierwszej piosenki od której przeszły was ciarki, która sprawiła, że chcieliście tańczyć, ruchać albo kogoś stłuc!". Bobby Cannavale prawdopodobnie zagrał swoją życiową rolę. Reszta aktorów drugo- i trzecioplanowych za nim nadąża. Dwa przykłady: Ray Romano, najbardziej znany z sitcomu "Wszyscy kochają Raymonda", tutaj w roli znerwicowanego i zdesperowanego współpracownika głównego bohatera. Albo Andrew Dice Clay (pamiętam go jeszcze z "Crime Story"), który w epizodycznej roli właściciela kilku stacji radiowych tworzy jedną z najbardziej obleśnych i odpychających kreacji jakie ostatnio widziałem. Aha, do tego wszystkiego dokładamy jeszcze morderstwo, mafię, duchy (a właściwie ducha) przeszłości, i mamy pełnię szczęścia.

Dużo radości sprawiło mi rozszyfrowywanie smaczków tamtej epoki, muzyki, sztuki, mody, wszystkich tych niuansów i odniesień kulturowych, które określały USA z pierwszej połowy lat 70. Nie wiem, czy ten serial jest w stanie zainteresować każdego, ponieważ mówi o dosyć specyficznym środowisku w specyficznych czasach. Ja jednak będę się upierał, że niezależnie czy zafascynuje czy zniesmaczy, warto wstąpić na trochę do tego zaginionego świata.


czwartek, 7 kwietnia 2016

"Anomalisa" - (nie)rutynowa sprawa




Ten film miał premierę w Polsce pod koniec stycznia, ja dorwałem go niedawno, a właściwie to on dorwał mnie i nie chce puścić. Gorączkowo zacząłem szukać winnego tego stanu i zidentyfikowałem go w osobie współreżysera i scenarzysty filmu, Charliego Kaufmana. Ale mogłem się tego spodziewać. To ten sam gość, który właśnie jako scenarzysta poprowadził mnie za rączkę prosto do głowy wiadomego aktora w "Być jak John Malkovich", albo ostro pogrzebał mi w umyśle "Zakochanym bez pamięci".

Co takiego wykombinował teraz? Mamy do czynienia z facetem w mocno średnim wieku, który teoretycznie ma szczęśliwe życie, udaną rodzinę i pracę. Jednocześnie czuje, że grzęźnie w bagienku rutyny. Wszystko dla niego jest powtarzalne, wszyscy dookoła są (dosłownie!) tacy sami, nudni i przewidywalni. Sytuację zmienia pewne zdarzenie i konkretna osoba.

Dla tych co nie widzieli, nie ma obaw, nie będę opisywał i streszczał całej fabuły, natomiast skupię się na paru wydarzeniach, które przejdą do mojej prywatnej historii kina. Pierwsze to tzw. "scena miłosna", najbardziej przejmująca jaką widziałem od lat. Romantyczna, nieporadna, wzruszająca, żenująca, zajmująca, niepotrzebne skreślić. Albo nie, lepiej wszystkie te określenia zostawić, właśnie dlatego, że oddają złożoność sytuacji. Fantastycznie odegrana, mimo, że "Anomalisa" to (wyrazista i realistyczna, bardzo dobrze zrobiona pod względem technicznym) animacja lalkowa!

I tutaj przechodzimy do drugiego wydarzenia, czyli gry aktorskiej. Głosu postaciom użyczyło trzech aktorów. David Thewlis, stara, dobra, brytyjska szkoła. Tom Noonan, wspaniały aktor charakterystyczny, który  jednak głównie zostanie pewnie zapamiętany z licznych ról świrów i psychopatów. I zupełnie fenomenalna Jennifer Jason Leigh. Wydawało się, że ta popularna w latach 80 i 90 aktorka zawodowo najlepsze lata ma już za sobą, a ona nagle wyprowadza dwa zaskakujące, potężne ciosy. Wspomnę tu najpierw o roli wściekłego, przebiegłego i okrutnego babsztyla w "Nienawistnej ósemce" Quentina Tarantino. Tutaj natomiast mamy do czynienia z zupełnie odmiennym zadaniem aktorskim, rolą Lisy, z jednej strony uosobieniem dobroci i nieporadnej poczciwości, a z drugiej wyjątkowości. Jennifer Jason Leigh przy pomocy swojego głosu czyni tutaj cuda. Jej melancholijna wersja "Girls Just Want to Have Fun", hiciora najbardziej znanego z wykonania Cyndi Lauper, zupełnie wywróciła do góry nogami postrzeganie przeze mnie tego utworu. Co się stało, to się nie odstanie, od teraz tekst tego utworu ma dla mnie też drugie, mniej wesołe znaczenie.

Wracając do samej opowieści, to zostało mi po niej w głowie jednak coś więcej niż przekonanie o wyjątkowo oryginalnym spojrzeniu na raczej wyświechtany temat, jakim jest kryzys wieku średniego. Czy jesteśmy skazani na to, że już na zawsze będzie nam towarzyszyła w tym życiu ( i pogłębiająca się wraz z wiekiem) tęsknota za czymś innym, ułudą, ideałem, a może straconymi złudzeniami? I czy w związku z tym warto się szarpać i poszukiwać jakiejś anomalii (Anomalisy), która przełamie krąg powtarzalności i życiowego uwikłania w schematy? Może nie tak maniakalno-zabójczo-radykalnie jak np: bohater utworu Toma Waitsa "Frank's Wild Years", ale po swojemu próbować. Mówiąc szerzej i metaforycznie, szukajmy, choćby tylko od czasu do czasu, "Anomalisy" w naszych głowach, sercach, duszach.

piątek, 1 kwietnia 2016

Charles Bradley - Changes

Zawsze miałem wrażenie, że soul i funk to gatunki, które w Polsce niespecjalnie trafiają na podatny grunt. U nas przy jazzowych improwizacjach, metalowych wyziewach, alternatywnych rurkach, progresywnych pasażach, elektronicznych krajobrazach, nowych brzmieniach czy hip-hopowych wygibasach sprawiają wrażenie brzydszej koleżanki lub brzydszego kolegi siedzącego w klasie w ostatniej ławce, lub podpierającego ścianę w ciemnym kącie na przerwie. A gdyby tylko dać im szansę, podejść, zagadać, wtedy szybko odkrylibyśmy ich bogate wnętrze. Czyli właśnie soul-duszę.

I tutaj z pomocą przychodzi nowa płyta Charlesa Bradleya, która daje nam taką szansę. Pytanie pierwsze: z czym nam się kojarzy retro soul czy funk? W kraju, gdzie przykładowo taki Steve Wonder zostanie dużo bardziej zapamiętany z dancingowego "I Just Called To Say I Love You" niż ze swoich, pełnych żaru, płytowych petard z lat 70, sytuację może obronić chyba tylko James Brown. Ale jego już niestety wśród nas nie ma.  To już bez następnych pytań pokuszę się o stwierdzenie, że na tę chwilę w tym gatunku na mieście rządzi Charles. Gość z ciekawą biografią, po przejściach, trochę potłuczony przez życie, który swoją pierwszą płytę wydaje w 2011 roku, będąc już po sześćdziesiątce! W chwili, gdy niektórzy artyści myślą o emeryturze on dopiero rozwija żagle i nabiera...nie, nie wody, nabiera tempa i nagrywa swoją drugą płytę "Victim of Love" (2013). Teraz prawie idealnie równo po trzech latach mamy premierę jego kolejnego albumu "Changes". Wcześniej ukazał się singiel o tym samym tytule, będący coverem utworu Black Sabbath. Artysta specjalnie przy nim nie gmerał, natomiast tradycyjnie po swojemu ostro wokalnie dorzucił do pieca. A jaka jest cała płyta?

Rewolucji nie ma, ale kto chciałby w jego przypadku rewolucji? Na szczęście nie ma też bolesnej stagnacji. Zaczyna się po amerykańsku, patriotycznie, od krótkiego wstępu "God Bless America". Właściwa jazda następuje od zadziornego, lekko jammującego "Good to Be Back Home". Duże wrażenie robi "Ain't Gonna Give It Up", dla mnie chyba najlepszy na płycie. Taki przybrudzony funk zabarwiony (raczej niewystępującym na jego wcześniejszych płytach) delikatnym elektronicznym barwnikiem. Równie odświeżające wrażenie robi momentami zbliżający się w stronę rockowego grania w stylu The Black Keys "Ain't It a Sin". "Things We Do for Love" to z kolei dużo podrygującej radości z chórkami i dęciakami, które zresztą pojawiają się na całej płycie. Frakcję ballad oprócz "Changes" najlepiej reprezentuje "Nobody But You". Mógłbym tak jeszcze opisywać utwór po utworze, jednak muszę pamiętać, żeby nie stracić z pola widzenia tego co najważniejsze na tej płycie. Czyli głosu. A właściwie GŁOSU. Przepełnionego żarliwością i miłością, ale też bólem człowieka, który dostał od życia parę kopów. Charles Bradley potrafi wyjątkowo przekonująco te uczucia wyrazić. Ja mu ufam, dlatego uważnie z przyjemnością słucham.
I pamiętajcie: happy people have no stories.






środa, 23 marca 2016

Początek



To się nie mogło inaczej skończyć, natury nie oszukasz. Pytanie, czy musiało do tego dojść. Jak to było w "Rozmowach kontrolowanych"? "Jest tylko jedna logiczna odpowiedź: widocznie musiało, skoro doszło". :) Założyłem bloga i nie zamierzam na tym poprzestać. Na razie zarchwizowałem ze wsteczną datą część swoich dawnych wpisów publikowanych wcześniej na pewnym portalu i facebooku, ale oczywiście pojawią się niebawem zupełnie nowe zapiski, recenzje i wszystko co mi siedzi z tyłu głowy i nie daje spokoju. Będzie głównie muzycznie, ale filmowo-książkowo też. Czyli kulturalnie. Raz z uwielbieniem raz sarkastycznie.Czasem kontemplacyjnie, czasem ostro i kategorycznie, ale bez kopania po kostkach. Z emocjami jakie tylko płyty, filmy czy książki są w stanie we mnie wzbudzić.

niedziela, 3 stycznia 2016

Ulubione płyty 2015 - Świat

1. Killing Joke "Pylon"
 Zastanawiałem się, czy przyznać im pierwsze miejsce, żeby nie wyszło, że za zasługi. To prawda, lubię ich i bardzo cenię od wielu lat, ale "Pylon" to nie jest jakaś tam sentymentalna wycieczka w przeszłość, to porywające granie od początku do końca. Jest na tej płycie taki utwór "Euphoria", słuchając tego albumu momentami osiągałem taki stan.

2. Algiers - "Algiers"
To dla odmiany nowe twarze, które na swojej debiutanckiej płycie połączyły surową elektronikę z alternatywno-rockowym podejściem. I charyzmatyczny wokalista z potężnym wokalem, który jeszcze dodaje tym utworom trochę gospelowo-soulowego zacięcia. Mocne.

3. Sleater-Kinney - "No Cities to Love"
Kultowy w pewnych kręgach, damski przedstawiciel konkretnego amerykańskiego niezależnego rockowego grania. Panie na swojej nowej płycie wymiatają aż miło, fajnie, że wróciły. Niepełne 33 minuty (tyle trwa cały album) pełnej satysfakcji.

4. Father John Misty - "I Love You, Honeybear"
Niby folkowe klimaty, ale nie w stylu "gram na gitarze, nie mam dziewczyny, jest mi niedobrze". Gdzie trzeba jest subtelnie, albo z poczuciem humoru. Trochę alternatywy, trochę popu albo delikatnej elektroniki a nawet country. A jako całość to po prostu świetne piosenki.

5.The Dead Weather - "Dodge and Burn"
Jak to mówił w filmie "Psy" Franz Maurer (Bogusław Linda) stający przed komisją weryfikacyjną do jej członka (Zbigniew Zapasiewicz): "Czasy się zmieniają, ale pan zawsze jest w komisjach". A u mnie lata mijają, a w podsumowaniach występuje Jack White z różnymi projektami. I to się nie zmieni, no chyba, że ze swoimi charyzmatycznymi przyjaciółmi zacznie grać disco-polo.

6. Alabama Shakes - "Sound & Color"
Głos jak dzwon, kompozycje jak dzwon, charyzma jak dzwon.

7. Hugo Race & The True Spirit - "The Spirit"
Największe zaskoczenie na plus. Hugo Race dużo nagrywa i koncertuje, ale generalnie funkcjonuje gdzieś na obrzeżach muzycznej sceny. Tutaj z kolegami nagrał pierwszorzędną płytę, która powinna ich katapultować do pierwszej ligi. Ten dawny współpracownik Nicka Cave'a stworzył materiał, który dorównuje artystycznym osiągnięciom właśnie przed chwilą wspomnianego artysty.

8. Refused - "Freedom"
Dawno temu (1998) swoją płytą "The Shape of Punk to Come" ostro namieszali w hardcorowym (i nie tylko ) muzycznym światku. Teraz po latach wracają w bardzo dobrym stylu. Nadal bezkompromisowy, ale mocno urozmaicony czad dla wymagających.

9. Gary Clark, Jr. - "The Story of Sonny Boy Slim"
Jeżeli chodzi o tego pana, to jego najnowsza płyta idealnie wypełnia moje zapotrzebowanie na bluesowo-soulowo-funkowe granie.

10. Majical Cloudz - "Are You Alone?"
Subtelna elektronika. Zamykamy się z tą płytą w pokoju, wyłączamy komórkę, gasimy światło i...nie, nie zasypiamy, po prostu przypominamy sobie, że w "starożytnych" czasach w ten sposób celebrowaliśmy słuchanie wyjątkowych, klimatycznych albumów.

sobota, 2 stycznia 2016

Ulubione płyty 2015 - Polska


1.Magnificent Muttley – „Rear Window”
Bo centrum takiego grania mieści się w moim mózgu. Gitara, bębny, bas i kolejny dowód na to, że można te klocki ciągle od nowa oryginalnie i porywająco ustawiać

2.Trupa Trupa - "Headache"
Ta psychodelia kompletnie nie śmierdzi trupem.

3. Agyness B. Marry - "Agyness B. Marry"
Surowy, rockowy i bardzo kobiecy debiut.

4. Rysy - "Traveler"
Nie wiem czy ona ich dobrała, czy oni ją, ważne, że przy wydatnej pomocy Justyny Święs panowie stworzyli cudo-przyjemną płytę do inteligentnego tańca (ale do zamkniętego różańca też). Idę na parkiet i dobrze, nie idę i zamykam oczy, też dobrze.

5. Mgła - "Exercises In Futility"
Metal, nawet nie bójmy się tego słowa, black metal, ale miło posłuchać płyty gdzie się tworzy prawdziwą muzę zdolną wyrywać serca, zamiast wyziewów stworzonych przez jakiegoś niedoinformowanego satanistę wychwalającego rogatego.

6. Kortez - "Bumerang"
Wszystkie pensjonariuszki/sanitariuszki teraz się kochają w jego piosenkach. Ja na jego urok jestem bardziej odporny, ale zachwyty rozumiem i płytę doceniam.

7. Ptaki - "Przelot"
Bo możesz w końcu porzucić ten parapet, i uwierz mi, przy tej muzie nie spadniesz, polecisz.

8. Ampacity - "Superluminal"
Kiedy rock progresywny przestaje zjadać swój własny ogon i potrafi wzbić się kosmiczne rejony. Czyli space, stoner i grzybki, niezła jazda.

9. Small Mechanics - "The Gift"
Lekko smarują swój muzyczny chlebek delikatną elektroniką, ale i tak dominuje zapach popu. Bardzo przyjemnego i pełnego witamin.

10. Kobiety - "Podarte sukienki"
Ci faceci (i kobieta) wiedzą, co kiedyś najlepsze było w Trójmiejskiej Scenie Alternatywnej.

wtorek, 11 sierpnia 2015

OFF Festival 2015



Na początek lekkie marudzenie i minusy (a właściwie, tfu,  przepraszam za zdrobnienie, minusiki), które jednak, odwrotnie niż w „Misiu” nie przesłonią plusów. I jeżeli pogoda zachowuje się jak wściekły facet z miotaczem ognia, to wiesz, że lekko nie będzie, ale za to bardzo gorąco. I było. Druga refleksja to, że moda może być (czasami) niczym szybko rozprzestrzeniający się podstępny wirus. Powoduje, że wszyscy chorują na to samo. Takie myśli mnie naszły, kiedy mijałem kolejnych gości z takimi samymi fryzurami i brodami. Ale to może być przesadna złośliwość  ze strony faceta, który, jak to bezbłędnie określiły dzieci mojego dobrego kolegi (pozdro, Michał) jest  „wujkiem bez fryzury”. To do meritum.

Dzień pierwszy.
Zacząłem od The Stubs.  Brudny rock'n'roll plus radosna konferansjerka wokalisty dała przyzwoity efekt. Przeskok na główną scenę, gdzie Pablopavo i Ludziki  robili co mogli, ale wyszło tak sobie. Ja na ich miejscu zrzuciłbym wszystko na słońce, które o tej porze wypalało mózg  i nie skłaniało do radości i zabawy. Do upału chyba bardziej była przyzwyczajona ekipa z Songhoy Blues, która porządnie walnęła swoim afrykańskim bluesem. Pomiędzy nimi na Scenie Eksperymentalnej świetne gitarowe eksperymenty dała grupa Kristen. Później dawny bliski współpracownik i kumpel Nicka Cave’a, czyli Mick Harvey brał się za bary na Scenie Leśnej z utworami Serge’a Gainsbourga. Piękny koncert po zmroku wyciskający całą erotykę i dekadencję zawartą w tych utworach. Susanne Sundfor  ze swoim alternatywnym klubowym disco-popem czarowała i uwodziła mając świadomość, że przy takich recenzjach jakie ma ostatnia płyta, to właśnie teraz jest jej tzw. „15 minut”. Przerzut na Sunn O))) był ciężki i bolesny, niczym brzmieniowe piętnaście ton spadające na głowę, dodatkowo szamańsko mnie zahipnotyzowali J I gwiazda pierwszego dnia The Residents. Jak obcować z legendą, kiedy nie wie się, czy na scenie za maskami kryją się oryginalni, przepraszam za wyrażenie, członkowie, czy Stefan z kolegami z monopolowego? J Ale na tym polega zabawa i tajemnica, a koncert ironiczno-magiczny, perwersyjna zbitka w sam raz dla mnie.

Dzień drugi.
Kinsky! Jedna z najbardziej oryginalnych polskich kapel lat 90 wróciła. Dla nich jestem w stanie niemal omdlewać  przy stu stopniach w namiotowej Scenie Trójki. J Ledwo żywy szybko na King Khan & The Shrines, żeby się zrelaksować  przy wspaniałym retro-soul/funku z mocnym bujnięciem.  Jednak moje myśli były już przy Sun Kil Moon. Mark Kozelek pewnie nie  należy do najmilszych gości pod słońcem,  ale mnie to obchodzi tak bardzo, niczym konflikt na linii Wojewódzki- Korwin-Piotrowska. Liczyłem na dobry koncert i się nie zawiodłem. Najpierw kazał sp…..ac fotografom spod sceny („nie jesteście moją publicznością!”) później ironizował („czy w Polsce nie ma ręczników?” ) I publiczność i artyści tonęli na namiotowej „Scenie Trójki” we własnym pocie, ale ktoś z obsługi w końcu te ręczniki artystom podrzucił i skończyło się narzekanie i zaczęło  granie. Dodajmy, że najpiękniejsze granie na tegorocznym Offie. Lekko wstrząśnięty, ale nie zmieszany trafiłem prosto na oślepiającą feerię świateł i dźwięków kosmiczno-jazzowego Sun Ra Arkestra. Po kolejnym muzycznym ciosie przeniosłem się na główna scenę, gdzie swoim matematycznym hardcorem dobił mnie The Dilinger Escape Plan. Xiu Xiu gra muzykę z „Twin Peaks”? Kto by się nie napalił na taki pomysł? Niestety, po obiecującym początku wszystko im się rozeszło w szwach i klapnęło. Tego dnia gwiazdą był Ride, panowie wrócili, dla niektórych są legendą. Ja ich lubię (szczególnie debiut z 1990), ale nigdy nie byłem w nich zakochany. Sam koncert z klasą, dobrym brzmieniem i obietnicą, że może jeszcze coś ważnego nagrają i pokażą. O 1:40 na  Scenie Eksperymentalnej Hailu Mergia. Ktoś lubi etiopskie jazzowo-funkowe klimaty? Polecam płytę  Hailu Mergia and the Walias „Tche Belew” z 1977 roku. A sam koncert niezobowiązująco radosny. Czyli bardzo.

Dzień trzeci
Steve Gunn, piękne folk-rockowe granie na Scenie Trójki w strasznie niesprzyjających warunkach (wiadomo dlaczego) J Później na Scenie Leśnej Decapitated. O tej porze interakcja z publicznością polegała na tym, że oni dali czad i apokalipsę, a w zamian dostali piknik i klapki. Ale i tak dali radę. The Julie Ruin? Bardzo ważny koncert, bo na czele tej ekipy jest Kathleen Hanna (kiedyś Bikini Kill, później Le Tigre) jedna z najważniejszych przedstawicielek Riott grrrl, u mnie na równi z L7 i Babys in Toyland. Radośnie dziki koncert. Ale kiedy myślałem, że jest nieźle, to zaraz (niczym siekierą) przywalili mi ze Sceny Leśnej Algiers. Ledwo wydali niesamowity debiut, który będzie wzięty pod uwagę we wszystkich możliwych płytowych podsumowaniach tego roku, to jeszcze dali bezczelnie niesamowity koncert! Po Sun Kil Moon numer dwa offa. Patti Smith nie liczę, bo była poza konkurencją. Radość i wzruszenie. Później  lekko narcystyczni Duńczycy z Iceage, którzy potrafią inteligentnie przywalić . Na koniec obejrzane z oddali hip-hopowe wygibasy Run The Jewels. Można zamknąć rozdział pod tytułem  Off Festival 2015 i z niecierpliwością czekać na następny.