sobota, 7 sierpnia 2021

 

  "Music Box. Woodstock 99': Pokój, miłość i agresja", czyli dokument o tym jak "koncertowo" roztrwonić legendę.

 


Opowieść o Woodstock 99 łatwo byłoby ubrać w komedię, nabijając się końca lat 90.: z mody, muzyki. Ale tak naprawdę wydarzenia potoczyły się jak w horrorze” – Garret Price (reżyser filmu)

Od tych słów zaczyna się film „Woodstock '99: Pokój, miłość i agresja”, sam tytuł już intryguje.

Co się m.in. kojarzy z różnymi festiwalami i Woodstockiem (tym polskim odpowiednikiem też)? Niewinne, służące do zabaw i smarowania, błoto.

Otóż w 1999 roku błoto wymieszało się z gównem. I to nie tylko w przenośni, ale i dosłownie.

Jednak najpierw cofnijmy się jeszcze trochę bardziej w czasie, do festiwalu Woodstock, ale tego z 1969 roku. Przez lata wydarzenie to obrosło niesamowitą legendą. Przyczyniły się do tego wspaniałe koncerty wykonawców, którzy  wtedy naprawdę coś znaczyli (Jimi Hendrix, Janis Joplin, zresztą długo by wymieniać). A pozytywny wizerunek całości utrwalił później dokument, płyta, itd.

Jednak to tylko jedna strona medalu. W filmie, o którym piszę pojawiają się informacje, że wcale nie było tylko tak słodko, peace & love, bla bla bla…, że jak głębiej poskrobać, to pojawiały się zamieszki, armia musiała dowozić zaopatrzenie, były też ofiary. Jednak przez lata otoczono to wydarzenie wręcz magicznym nimbem. W takim wypadku kto by nie chciał powtórzyć tej fantazji?

Dlatego też w 1994 roku ją powtórzono. Bardzo dobrze ją pamiętam, bo, uwaga, była transmitowana w polskiej telewizji! To wydarzenie miało być pomostem miedzy latami 60. a 90., zresztą wystąpili też wykonawcy (Joe Cocker, Santana), którzy odcisnęli swoje wyraźne piętno na koncertach w 1969 roku. To tego doszli artyści, którzy wtedy naprawdę byli w swojej najwyższej formie. To był najlepszy okres Heńka i jego Rollins Band, Les Claypool z swoim Primusem również wysoko szybowali. Do tego choćby Nine Inch Nails, Red Hot Chilli Peppers i wielu, wielu innych. Elektronika (The Orb, Orbital) też była obecna. Dorzućmy jeszcze takie gwiazdy jak Metallica, Aerosmith. Dużo dobrego.

Skoro udało się drugi raz, to czemu nie zrobić kolejnego? Pojawiła się pokusa zorganizowania trzeciej edycji i została wcielona w życie…niestety. Wracamy więc do głównego tematu, czyli filmu,Music Box. Woodstock '99: Pokój, miłość i agresja”, który jest do obejrzenia na platformie HBO GO. 

Dokumentu fascynującego i jednocześnie smutnego. Zapisu dosyć spektakularnej katastrofy, jaką był ten festiwal w 1999 roku. Wyjątkowo upalnych trzech dni agresji i przemocy. To znaczy autorzy tego filmu zdają się stawiać taką tezę, chodź organizatorzy byli trochę innego zdania. I to zdanie jest uwzględnione w tym filmie. Michael Lang (pomysłodawca i kreator poprzednich Woodstocków) oraz John Scher próbują bronić tego wydarzenia. Jednak o obronę tego, co tam się wydarzyło jest trochę trudno.

Ciekawa była już sama lokalizacja. Małe miasto Rome w stanie Nowy Jork. A dokładnie baza lotnicza. W filmie pojawia się nieco sarkastyczna opinia, że organizowanie festiwalu pełnego miłości i pokoju w wojskowej bazie nieco się ze sobą gryzie. To jednak tylko szczegół. Drugą sprawą była chęć całkowitego skomercjalizowania całej imprezy. Woda za 4 dolary? Ta cena jest równie absurdalna również w dzisiejszych czasach.

Kolejny problem, nieczystości. Toalety szybko się przepełniły, szambo zaczęło wyciekać i wymieszało się razem z wodą. W pierwszej dobie młodzież myślała, że tarza się w błocie, a były to po prostu ludzkie ekskrementy.

I chyba najpoważniejsza sprawa. Wiecie jak to to jest na dużych festiwalach? Albo było, bo czasy się trochę zmieniają. No…jest trochę luźniej ogólnie mówiąc. Na tym festiwalu była moda na topless. Tylko to niekoniecznie musi się wiązać z tym, że facetom nagle wydaje się, że mają przyzwolenie na…dotykanie, macanie…tej przemocy seksualnej było tam bardzo dużo. Zresztą posłuchacie co krzyczy tłum, kiedy na scenie pojawia się aktorka Rosie Perez („Pokaż cycki! Pokaż cycki!”)

Moby, który występował wtedy na Woodstock,  stwierdził, że naprawdę nie wie jak to było możliwe, że od oświeceniowych wartości reprezentowanych przez Kurta Cobaina i Michaela Stipe’a doszło do pochwały kultury gwałtu na Woodstocku 99. To zresztą prztyczek do Kid Rocka i Limp Bizkit , którzy wtedy byli u szczytu kariery i tam występowali. Zresztą Limp Bizkit poświęcone jest sporo miejsca w tym filmie, dostaje się też ich wokaliście. Fred Durst tak podjudzał i  prowokował do rozpierduchy wściekły i spalony słońcem tłum, że cudem jest, że w trakcie ich koncertu nikt nie zginął. Jeden z organizatorów po prostu stwierdził: Fred Durst był debilem, a wtedy kompletnie mu odbiło.

Malowniczo ujął to Jonathan Davis z grupy Korn (też tam wtedy grali) – „Doprowadzili publikę do szału, ale wtedy ludzie brodzili już w gównie i szczynach, bo toi-toie się przelewały. Byli odwodnieni, mdleli. Było ich za wielu na tę infrastrukturę…i się zaczęło”

Red Hot Chilli Peppers też się nie popisali. Kiedy już na koniec festiwalu w różnych jego częściach nastąpiły podpalenia i pożary, zamiast uspokajać tłum zagrali…”Fire” Hendrixa! To wszystko było jakimś zbiorowym szaleństwem!

Jednak najsmutniejsza w tym filmie jest historia fana, który tego festiwalowego szaleństwa nie przeżył…

Ciekawe są słowa głównego organizatora Michaela Langa, który na koniec mówi: „Gdybyśmy dobrali artystów w klimacie poprzednich edycji, byłaby to inna impreza i inna publiczność. Ale chodziło o stworzenie czegoś współczesnego, a taka była współczesność”

Cofnijcie się w czasie i zobaczcie to na własne oczy.

 

 


czwartek, 11 czerwca 2020

"Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge'u z pierwszej ręki" Mark Yarm



Książka twoim przyjacielem? Trochę banalne i wyświechtane hasło, szczególnie w tych czasach, kiedy innych, teoretycznie atrakcyjniejszych (obecnie najlepszym kompanem człowieka podobno są seriale) przyjaciół, z którymi można tracić czas jest mnóstwo. Jednak zdarza się, że trafiasz na taką konkretną książkę, która zasługuje na to miano. Którą połykasz i od której nie możesz się oderwać. Z jednej strony pragniesz ją jak najszybciej przeczytać, ale z drugiej strony nie chcesz, żeby się skończyła, bo trudno ci się z nią rozstać. Po prostu jak najdłużej chcesz przebywać w jej towarzystwie. I jak to z przyjacielem, może cię wkurzać, możesz się z nim nie zgadzać, ale tak naprawdę wiesz, że to ktoś z twojej bajki, nadający na podobnych falach.

Ja właśnie tak mam z "Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge'u z pierwszej ręki" Marka Yarma. W wieku 14,15,16 lat niezwykle silnie odczuwasz (przynajmniej ja tak miałem) potrzebę buntu, własnej odrębności, przy jednoczesnej chęci poczucia przynależności do czegoś fajnego i kolorowego. Taka sprzeczność, ale przecież kim jest młodziak w tym wieku jak nie jedną wielką, pryszczatą sprzecznością? Kiedy ja dorastałem, taką spójność w niespójności dawała muzyka z całą swoją kontrkulturową otoczką. Warunki były dwa, wiarygodność i znalezienie się w odpowiednim czasie. Ominęło mnie całe to hipisowskie "make love not war" na punkowe "no future" też załapałem się trochę za późno, choć tu już było trochę bliżej. Jednak słuchając muzyki z obydwu galaktyk (bo w końcu to muzyka jest najważniejsza) z żadną do końca się nie identyfikowałem. Tym bardziej, że często coś, co miało być nonkonformistyczne zaczynało przybierać karykaturalną formę, która przeradzała się w to, że wszyscy wyglądali tak samo albo gadali to samo. I te debilne, z dzisiejszego punktu widzenia, podziały. Albo jesteś punkiem,  albo metalowcem. Albo słuchasz Dead Kennedys albo Slayera, albo Depeche Mode, bla bla bla...Ja słuchałem tego wszystkiego i chciałem tego wszystkiego więcej.

Grunge był wspaniałą odpowiedzią na moje potrzeby. On pięknie łączył te wszystkie punkowo-hardcorowe klimaty z metalem. Ale też odwoływał się do klasyki rocka czy bluesa. I miał w sobie pewną nutę romantyczności. Tak, z jednej strony prymitywizm, z drugiej romantyczność, wtedy tego właśnie było mi potrzeba. Połączonego ze sobą brudu i poezji.

Konieczne było to przydługie wyjaśnienie, inaczej nie oddałbym tego co czułem, kiedy ostatnio dorwałem wydaną wreszcie w Polsce książkę Marka Yarma "Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge'u z pierwszej ręki". Już sam jej tytuł trochę wyjaśnia sprawę. "Z pierwszej ręki" w tym przypadku oznacza wypowiedzi ludzi, którzy w tym wszystkim brali udział. Muzyków, właścicieli wytwórni płytowych, promotorów, organizatorów, dziennikarzy muzycznych itd. Ludzi, którzy mieli szczęście lub (jak się dla niektórych później okazało) nieszczęście brać w tym udział. To właśnie oddanie im bezpośrednio głosu czyni tę książkę tak wysoce wiarygodną.

Seattle, nie aż taka mała, ale jednak prowincjonalna dziura z ohydną (przez większość roku) pogodą. Niekoniecznie jedno z tych miejsc, które chciałoby się odwiedzić w USA. Taką reputacją cieszyło się Seattle w latach 80. Bez praktycznie żadnej większej sceny muzycznej. Jak to się stało, że na parę lat zostało muzyczną stolicą świata, z tak ważnymi i wpływowymi zespołami jak Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains i kilkoma innymi?

Zresztą, kapele które (w przeciwieństwie do wyżej wymienionych) nigdy nie miały szansy szerzej zaistnieć są potraktowane równie rzetelnie i poważnie, jak te sprzedające miliony płyt. To kolejna z (wielu) zalet tej publikacji. Słyszeliście o takim zespole jak U-men? I dlaczego są uznawani trochę za ojców tej całej muzycznej sceny, choć nawet nie liznęli większej popularności? Dzięki tej książce cofniecie się do czasów, kiedy to wszystko się rodziło a nikomu się nie śniło o jakiejś dużej sławie. Ludzie grali, bo to kochali, trochę inaczej niż w Los Angeles, do którego przyjeżdżało się w latach 80, żeby zostać natapirowaną, karykaturalną gwiazdą rocka i korzystać z uroków życia.

"Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge'u z pierwszej ręki" zawiera mnóstwo fascynujących opowieści przesiąkniętych silnymi emocjami. Emocjami, które towarzyszą wypowiedziom ludzi związanych z sceną grunge. Posiadającymi inne spojrzenie na te same wydarzenia, konflikty, spory. Różną ocenę tego fenomenu. Jakże to środowisko było barwne i różnorodne. To nie są spisane wspomnienia na zasadzie "jak było cudownie" tylko żywa historia. Autorowi udało się dotrzeć właściwie do wszystkich ważniejszych uczestników tamtych zdarzeń. Wypowiadają się szefowie i pracownicy najważniejszej niezależnej wytwórni płytowej, czyli Sub Pop. Członkowie takich grup jak Skin Yard, Green River, których muzycy później tworzyli takie zespoły jak Pearl Jam czy Mudhoney. Jest oczywiście The Melvins, którzy byli bardzo ważni dla Kurta Cobaina. Są mocno kontrowersyjne wypowiedzi Courtney Love...ech, mógłbym tak długo jeszcze, ta skala jest naprawdę monumentalna. 

Aż się prosi, żeby przytoczyć parę fascynujących historii z tej książki, ale wtedy zamiast wpisu musiałbym walnąć obfite opracowanie. Mogę tylko bardzo mocno zachęcić do jej przeczytania.
Również osoby, które nie interesują się tą sceną, muzyką. Bo to jest też książka o ludzkich charakterach i...tak, również o narkotykach, nałogach (które zabrały paru wspaniałych artystów), seksie, przemocy, po prostu (tak ja wcześniej wspomniałem) o wysoce intensywnych emocjach. Można wręcz poczuć klimat tamtych czasów. 

Po prostu przeczytajcie tę miejscami zabawną (jednak uprzedzam, że to raczej czarny humor) miejscami ponurą, ale niezwykle wciągającą historię. Ja zarzucam na siebie flanelę i idę słuchać płyt.


"Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge'u z pierwszej ręki"
Mark Yarm

Tłumaczenie: Joanna Bogusławska
Wydawnictwo: Karga


wtorek, 14 stycznia 2020

Którą nogą wstałem, czyli ulubione płyty 2019 roku.



                    Zawsze kiedy na koniec roku przystępuję do podsumowania i wyboru ulubionych płyt bardzo się męczę, pocę i wargi przygryzam. Nie inaczej było teraz, stąd małe ociąganie, ale mimo wszystko postanowiłem dokonać ostrej selekcji i stworzyć swoją ulubioną dziesiątkę. Niech mi pominięci artyści wybaczą. Być może gdybym wstał inną nogą o innej godzinie ta dziesiątka wyglądałaby zupełnie inaczej. Tymczasem, krótko, energicznie i bez zbytniego nudzenia (taką mam nadzieję). Kolejność dowolna.

                                   

Hugo Race Fatalists "Taken by the dream"

                            


                   Doceniam nową płytę Nicka Cave'a, naprawdę. Wiem, że to pewnie odpowiedni czas, żeby właśnie tak brzmiał jego nowy album. Ale chemii między nami nie ma. Może jestem niewrażliwym troglodytą z zamkniętym umysłem, ale to ambientowe plumkanie jakoś nie robi na mnie większego wrażenia. Dystans potęguje głos większości krytyków każących mi się zachwycać "Ghosteen" na zasadzie "Słowacki wielkim poetą był". Ja tam tęsknię za jego dawnymi dźwiękami. I tu z pomocą przychodzi mi Hugo Race, zresztą były współpracownik Nicka. Gość, który wydaje swoje świetne płyty po cichu, bez rozgłosu i reklamy. "Taken by the dream" to zbiór wspaniałych, pełnych żaru, klimatycznych utworów nad którymi pewnie pochylą się tylko nieliczni. A warto do jego niszy zajrzeć. Z jednej strony blues, z drugiej elektronika, ale nic tutaj ze sobą się nie gryzie.


    _______________

Black Midi "Schlagenheim"



           Dowód na to, że generalnie ze znanych materiałów można stawiać oryginalne, muzyczne budowle. "Schlagenheim" to debiut tej obiecującej, brytyjskiej kapeli. Pomieszanie rockowo-funkowego inteligentnego podejścia w stylu Talking Heads (jeden z utworów na płycie nosi właśnie taką nazwę) z wściekłością i zadziornością The Jesus Lizard. Dla mnie jako wielkiego fana tych dwóch kapel nie może być lepszego połączenia, stąd panowie z Black Midi mają swoje należne miejsce w tym podsumowaniu.

                                                                                

    ____________


Nilufer Yanya "Miss Universe" 





          Kolejny bardzo udany debiut płytowy (nie licząc wcześniejszych epek). Gdzie eklektyzm jest siłą. Czego tu nie ma? Niezależny rock z wpływami P.J. Harvey, soul, pop, trip-hop, a wszystko to bardzo przebojowe (w dobrym tego słowa znaczeniu). Słychać, że pani słucha bardzo różnej muzyki i potrafi ze znanych składników stworzyć coś nieszablonowego. 



                          _____________



Durand Jones & The Indications "American Love Call"




         Świetny, oldschoolowy soul odwołujący się do najlepszych tradycji wytwórni Motown. Albo takich wykonawców jak Curtis Mayfield, Marvin Gaye czy Gil Scott - Heron. Nie będę ukrywał, że mają u mnie dodatkowego plusa za energetyczny koncert na Off Festivalu, gdzie pokazali pazur i energię w stylu Jamesa Browna.



                   ____________


Bon Iver "I, I"


        

       Pan Justin Vernon jest autorem jednej z najważniejszych i najpiękniejszych (dla mnie) płyt drugiej dekady XXI wieku. Mowa o wydanym w 2011 roku albumie "Bon Iver, Bon Iver". Kolejny, "22, A Milion" był, moim zdaniem, nie do końca udanym eksperymentem. Natomiast ta płyta jest próbą pogodzenia tych dwóch różnych estetyk i ja to kupuję. Zbiera diametralnie różne recenzje (New Musical Express dał mu maksymalną notę, czyli pięć gwiazdek, natomiast The Guardian raptem dwie) ja jednak od paru miesięcy słucham jej bardzo często.



                              __________



Gary Clark Jr. "This Land"




        Tęsknicie za Princem? Bo ja bardzo. Nikt i nic nie wypełni już pustki po nim, natomiast ja się bardzo cieszę, że jest ktoś taki jak Gary Clark Jr. Gość niby wywodzi się ze szkoły bluesowej, natomiast odważnie zapuszcza się też w inne rejony. Szczególnie to słychać na ostatniej płycie. Pobrzmiewają na niej echa właśnie Prince'a (utwór "Pearl Cadillac" to prawdziwa perła) a całości z nieba patronuje Jimi Hendrix. Ten album miałby jeszcze mocniejsze podstawy gdyby był trochę krótszy, ale to tylko takie lekkie czepianie, bo jest naprawdę dobrze.



                         _____________



The Comet Is Coming "Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery"



        
         Kolejni artyści, których miałem przyjemność widzieć na żywo w 2019 roku. Tutaj wchodzimy w tematy jazzowe, ale kompletnie nieoczywiste, pod doprawione elektroniką, funkiem, psychodelią, space rockiem nawet! Lider grupy Shabaka Hutchings jest już obwołany zbawicielem i guru nie tylko londyńskiej, brytyjskiej, ale też globalnej sceny jazzowej. Takie płyty pokazują, że coś jest na rzeczy.



                         ______________


The Raconteurs "Help Us Stranger"


          
       Rok 2019 byłby rokiem straconym, gdyby nie ukazała się jakaś płyta w której maczał palce pan Jack White. Tym razem nie kombinował (tak jak na swoim ostatnim, solowym albumie), tylko razem z kolegami stanął na straży rockowej tradycji. The Raconteurs wróciło z nową płytą po ponad jedenastu latach i to wróciło w bardzo dobrym stylu. Bierzemy dwie gitary, bas, perkusję i jedziemy, to w ich przypadku nadal się sprawdza!



                       ______________



Michael Kiwanuka "Kiwanuka"


            
             Już tylko za jeden kawałek z tej płyty artysta ma u mnie maksymalne noty, chodzi oczywiście o "My Hero", mój utwór 2019 roku. Jednak cały materiał jest równie porywający, myślałem, że po drugim albumie "Love & Hate" trudno będzie mu wznieść się wyżej, a on tego dokonał. Z każdym kolejnym albumem ustawia sobie poprzeczkę jeszcze wyżej, aż strach pomyśleć co będzie dalej.



                    _________________

The Desert Sessions "Vol.11 & 12"


       Na koniec wisienka (lub, jak mawiają w innych kręgach, truskawka) na torcie. Na nową płytę Queens of the Stone Age pewnie jeszcze jest za wcześnie, natomiast Josh Homme postanowił po latach reaktywować inny projekt. Skrzyknął nie byle jakich gości i o to mamy kolejne części "pustynnych sesji". A wśród tych gości m.in. Billy Gibbons (ZZ Top), Les Claypool (Primus), Mike Kerr (Royal Blood), Jake Shears (Scissor Sister), Stella Mozgawa (Warpaint). Różnorodny zestaw muzyków, którzy nagrali różnorodny album. Niezbyt długi i cudownie wyluzowany.







                     


















                                   




sobota, 18 maja 2019


Luxtorpeda – Jarmark Łaski 2 czerwca (Niedziela) godz. 21:00
                                    
                                  (ilustracja Aga Świstek-Malagi)
                                          
                      Mieliśmy, a właściwie cały czas mamy z Arturem swoje małe przyzwyczajenia. Weszła nam w nawyk i krew wieczorna rozmowa oraz słuchanie muzyki. Aha, kim jest Artur? To mój 10-letni syn. Otóż Artur od kiedy pamiętam przed spaniem lubi pogadać. A kiedy już porozmawia, to później w zaśnięciu pomaga mu muzyka. Żeby zabawa była większa, to płyty wybiera losowo (w stylu, tata, wyciągnij szóstą od lewej z drugiej półki od góry). I tak jest właściwie codziennie (chyba, że oglądamy mecz Ligi Mistrzów, bo piłkę nożną to my też lubimy) oprócz piątków. Bo wtedy w Trójce jest Lista Przebojów, której staramy się choć we fragmentach posłuchać.
                                   
                        Ktoś zapyta, wszystko fajnie, tylko co to ma wspólnego z Luxtorpedą? Wbrew pozorom, ma całkiem dużo, bo to właśnie pięć lat temu mój syn usłyszał ich w Trójce. Wtedy jeszcze praktycznie w ogóle nie interesował się muzyką, natomiast jego zaciekawienie wzbudził grasujący wtedy z powodzeniem na Liście Przebojów utwór „Mambałaga”. Co to za zespół? Tato, ale oni się drą! Jednak nie było w tym pytaniu i stwierdzeniu jakiegoś dziecięcego oburzenia, raczej chęć bliższego poznania grupy, która tak głośno i energetycznie brzmi. Mnie było w to graj. Już wtedy Luxtorpedę bardzo lubiłem, natomiast z przyjemnością wciągnąłem syna w tą muzyczną podróż, która zaowocowała świadomym kupnem przez niego ich trzeciej płyty pt. „A morał tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe, to jednak buraki”.
                                 
                       Zresztą, tutaj nie tylko o muzykę chodzi. Równie chętnie tłumaczyłem mu też wymowę tekstów zespołu. Mądrych, ale bez taniego moralizatorstwa. Choćby takich  jakie padają w utworze „Wilki dwa”, dotyczących walki dobra ze złem, która tak naprawdę toczy się wewnątrz nas samych.

                      "A we mnie samym wilki dwa
                       Oblicze dobra, oblicze zła
                       Walczą ze sobą nieustanie
                       Wygrywa ten, którego karmię"

                 Już pewnie rozumiecie, że twórczość Luxtorpedy dotyka mnie osobiście. Co powoduje, że z czystym sumieniem mogę polecić ich koncert, który odbędzie się już 2 czerwca w czasie „Jarmarku Łaskiego”. Jednak to nie jedyny powód.  Widziałem już ich naprawdę wiele występów i nieważne czy był to przykładowo duży festiwal w Jarocinie, klub w Łodzi, czy plener w Wieluniu. Panowie zawsze dają z siebie wszystko, bez w względu na to gdzie grają i z jakiej okazji. Jestem pewien, że równie wspaniale zaprezentują się w czasie „Jarmarku Łaskiego”. Ja na pewno wtedy tam będę z Arturem, bądźcie i wy, a nie pożałujecie.

       
Festiwal "WnieboGŁOSY" - Jarmark Łaski 
1 Czerwca (Sobota)
                         
(ilustracja Aga Świstek - Malagi)

                          
                   Zawsze lubiłem wielowymiarowość i różnorodność. Tym przyjemniej piszę o tym, co wydarzy się  na „Jarmarku Łaskim” 1 czerwca w ramach cyklu koncertów pod nazwą „Wniebogłosy”. Mianowicie  wystąpią wykonawcy, którzy należą do różnych muzycznych bajek, ale za to łączy ich wysoki artystyczny poziom.
                        
                         Zacznijmy od grupy Timingeriu, która zabierze nas w klimaty brzmień cygańskich, żydowskich i bałkańskich. Już teraz przygotujcie na dźwięki porywające do tańca. Jeżeli ktoś nie zetknął się z ich twórczością, to mocno polecam ich, wydany w zeszłym roku, debiutancki studyjny album „Gadzie i goje”. Jest ogólnodostępny w internecie na kanale youtube. Posłuchacie i poddajcie się tym żywiołowym dźwiękom.
                        
                     Zespół Mitra to z kolei folk-rockowa petarda z Trójmiasta. Już za to skąd są ich lubię. Oczywiście najbardziej w tym przypadku liczą się ich walory muzyczne i nieokiełznana koncertowa energia, którą, mam nadzieję, zarażą nas podczas swojego występu na „Jarmarku Łaskim”
                      
                     Kolejny uczestnik „Wniebogłosów” to Bitamina. Nie mogę  doczekać się już ich nowej płyty, która ukazuje się w tym roku. Album „Kwiaty i korzenie” zapowiadają utwory „Na pół” i „Na uchu słonia”, dwa naprawdę udane nagrania. Zawsze lubiłem łączenie hip-hopu z jazzowymi i elektronicznymi klimatami, dlatego ta ekipa jest mi muzycznie dość bliska. Czy to w formie  eksperymentalnej, która znalazła swoje odzwierciedlenie na instrumentalnym albumie „C”, czy bardziej piosenkowej, ale równie dobrej i ambitnej jak na płycie „Kawalerka”. Grupa ma też na koncie współpracę z Dawidem Podsiadło, której owocem jest świetny utwór „Nikt”. W trakcie występu Bitaminy szykujcie się na duży zastrzyk zakręconej i pozytywnej  energii.
                      
            Twórczość kolejnego artysty, który wystąpi na tegorocznym „Jarmarku Łaskim”, czyli Limboskiego poznałem w dość ciekawych okolicznościach. Mam kolegę, z którym łączą mnie podobne zainteresowania muzyczne. Kiedyś po koncercie jednego z naszych ulubionych artystów gościłem u niego i jego rodziny w domu i oczywiście gadaliśmy o muzyce. W pewnym momencie kolega podarował mi pewną płytę i stwierdził, że muszę tego koniecznie posłuchać w wolnej chwili, bo ma przeczucie, że może mi się spodobać.  Okładka była skromna, tekturowa,  album sprawiał wrażenie wydanego trochę chałupniczo.  Nazwa artysty nic mi nie mówiła. Jednak takie prezenty przyjmuję z przyjemnością, zabrałem ją ze sobą do domu, płytę odpaliłem i… zagrało! Kolega dobrze przewidział, że może mi się spodobać ten kawał mięsistego, dzikiego i surowego bluesa. To był album Limboskiego „Tribute To George Buck”. Od tego czasu minęło już ładnych parę lat, artysta przez ten czas stał się mocno rozpoznawalny, zdążył nagrać kilka wyjątkowo udanych płyt, a ja z przyjemnością śledzę dalszy rozwój jego kariery. Limboski stale poszerza swoją paletę brzmień, oprócz bluesa mamy do czynienia z folkiem, country, garażowym rockiem, korzennym rock’n’rollem czy gospel. W zeszłym roku wydał bardzo dobrą płytę „Poliamoria”, a niedawno wyszedł singiel „Kino Nocne”, który zapowiada nową płytę. Pragniecie szczerości i zaangażowania? Trochę ballad i trochę rockowego brudu? Wyrosłej z amerykańskiej muzycznej tradycji, jednak w pełni oryginalnej artystycznej wypowiedzi? Koniecznie wybierzcie się na koncert Limboskiego!
                                         
                       Na koniec festiwalu „Wniebogłosy” wystąpi grupa, który już właściwie sobie zasłużyła na miano jednego z najważniejszych zespołów rockowych jakie kiedykolwiek istniały w Polsce. Piszę rockowych, ale to bardzo duże uogólnienie, bo ich twórczość wymyka się wszelkim ograniczeniom stylistycznym.  Mowa tu oczywiście o LAO CHE. Już dzięki wydaniu swojego debiutanckiego albumu pt: „Gusła” nieźle namieszali na naszej rodzimej scenie. Natomiast drugą płytą, czyli „Powstaniem Warszawskim” przeszli właściwie do historii polskiej muzyki. Choćby ze względu na wyjątkowość tego przedsięwzięcia. Album był po części słuchowiskiem, po części albumem koncepcyjnym szeroko komentowanym i wysoko ocenianym.          Panowie jednak na tym nie poprzestali, obrali inny kurs, a kolejna płyta „Gospel” była równie dobra. Mocno uduchowiona, traktowała o poszukiwaniu Boga. Następny album „Prąd stały/Prąd zmienny” to kolejna zmiana kierunku. Co ciekawe, u nich częsta zmiana stylistyk, gatunków, to ciągłe poszukiwanie nie sprawia wrażenia chaosu a wręcz przeciwnie, przemyślanego działania artystycznego. Wiarygodnego i pełnego pasji. Jakże wymowne jest to, że LAO CHE wystąpi na „Jarmarku Łaskim” właśnie 
1 czerwca, czyli w „Dzień Dziecka”. Panowie cztery lata temu wydali płytę pt: „Dzieciom”.  Tytuł jest trochę przewrotny, bo album jest przeznaczony raczej dla dorosłych, ale chodzi tutaj o patrzenie na świat przez pryzmat dziecka. Właśnie, postarajmy zachować się dziecięcą wrażliwość i postrzeganie świata również w dorosłym życiu. Koncert LAO CHE, to będzie piękne zakończenie i zwieńczenie „WnieboGłosów”.


sobota, 6 kwietnia 2019

Tymański i Spaleniak, dwóch panów zmierzających w stronę Łaskiego Domu Kultury.

                                   (ilustracja Aga Świstek - Malagi)


                             Kto już miał do czynienia z Łaskim Domem Kultury ten wie, że od jakiegoś czasu staramy się uczynić z teoretycznie przeciętnego dnia tygodnia, jakim jest środa, artystyczne święto. A kto nie wie, to w kwietniu z pewnością się przekona. Bo wśród codziennej, ale oczywiście niebanalnej i ciekawej działalności szykujemy dwa koncerty bardzo ważnych dla mnie artystów. Mam nadzieję, że po swoich występach staną się ważni również dla Was. 

                             Dawno temu, w latach 80. było sobie takie zjawisko jak Trójmiejska Scena Alternatywna. Powiew muzycznej świeżości z wybrzeża, skutecznie wietrzącej naszą zatęchłą rzeczywistość. Zresztą, właściwie nie tylko muzycznej, to co stamtąd wtedy artystycznie wychodziło, wykraczało daleko poza granice zwykłej i codziennej działalności kulturalnej. Warto wspomnieć choćby formację TotArt. Dziki performance, nieustanna prowokacja, absurdalne i wykraczające poza wszelkie granice poczucie humoru, to była ich metoda. I to w niej działał młody Tymon Tymański, nasz kwietniowy gość.

                             Ja z jego talentem zetknąłem się później, w pierwszej połowie lat 90. przy okazji dwóch zespołów - Miłość i Kury. Mogę bez przesady powiedzieć, że pierwsza formacja zrewolucjonizowała naszą scenę jazzową. A właściwie jeszcze z paroma innymi formacjami stworzyła nową, odrębną i oryginalną muzyczną jakość, zwaną później "yassem". Cała dyskografia Miłości jest godna polecenia, ja jednak stawiam na "Taniec smoka" z 1994 roku i koncertowy album "Not Two" nagrany wspólnie z amerykańskim trębaczem jazzowym Lesterem Bowie.

                            Kury natomiast to była trochę inna muzyczna bajka, bardziej pastiszowa. Szczególnie to zagrało przy okazji dobrze przyjętej przez krytyków i swego czasu popularnej płyty "P.O.L.O.V.I.R.U.S". Ja sam do tej pory potrafię zanucić "Jesienną deprechę".

                           Na wymienienie wszystkich artystycznych dokonań Tymona Tymańskiego nie starczyłoby miejsca w całym numerze "RamPaPam". Może jednak tylko wspomnę o wyjątkowym koncercie jaki kiedyś udało mi się zobaczyć w Zduńskiej Woli. Artysta przyjechał wówczas z projektem Tymon & The Transistors i razem ze swoimi kolegami dał wyjątkowo energetyczny koncert przesiąknięty pozytywną energią. Bo trzeba przyznać, że scena to żywioł tego artysty. Otwartość na publiczność, gawędziarstwo, sowizdrzalstwo, zdolność sypania anegdotami to jego mocne strony. Przyszykujcie się na to 24 kwietnia w Łaskim Domu Kultury!.



                                     (ilustracja Aga Świstek - Malagi)

                        Jednak wcześniej, 10 kwietnia szykujcie się na inny wyjątkowy koncert. Daniel Spaleniak to muzyk z zupełnie innego pokolenia niż Tymon Tymański. I o zupełnie innym temperamencie. Na koncertach (wiem, bo widziałem) spokojny, skupiony i wyciszony. Co nie zmienia faktu, że jego występ również niesie dawkę potężnej, tyle, że nieco innej energii. Takiej, która będzie moim zdaniem idealnie pasowała do miejsca jaki jest "Galeria z Fortepianem" Łaskiego Domu Kultury.

                        Muzyk wydał już cztery płyty. Trzecia, zeszłoroczna "Life Is Somewhere Else" została nominowana do najważniejszej polskiej muzycznej nagrody, czyli "Fryderyków 2019" w kategorii "Album Roku Blues/Country". Można się zastanawiać, czy to idealna kategoria dla artysty, bo jego muzyka zdecydowanie wykracza poza te gatunki, jest oniryczna, kontemplacyjna, pełna barw i kolorów

                        Obecnie Daniel Spaleniak promuje swój najnowszy, tegoroczny i już zbierający bardzo dobre recenzje album "Burning Sea".

                        Wracając do opisu jego muzyki, to używany jest przymiotnik "filmowa". I tu mamy do czynienia z ciekawym fenomenem. Artysta bowiem został zauważony w USA, a jego utwory wykorzystano w kilku bardzo dobrych serialach. Ja akurat sobie cenię Netflixowy "Ozark", opowieść o niby zwykłej rodzinie, jednak uwikłanej w wyjątkowo ciemne interesy i pełne przemocy zależności. Do tej mrocznej układanki idealnie wpasował się piękny utwór Daniela Spaleniaka "Dear Love Of Mine". Amerykanie już poznali się na tej mieszance alternatywnego folku i bluesa, 10 kwietnia w Łaskim Domu Kultury poznamy się i my. 


                        Daniel Spaleniak i Tymn Tymański. Dwa inne światy muzyczne. Dwa wyjątkowe kwietniowe koncerty w Łaskim Domu Kultury.

sobota, 12 stycznia 2019

Co tam panie w...muzyce, czyli ulubione zagraniczne płyty 2018 roku.

                    Tak się zastanawiam, co by było, gdyby...gdyby np: muzyka wzbudzała tyle samo emocji, co inne dziedziny życia. Choćby takie jakie wzbudza polityka. Już widzę te zdecydowane wpisy na portalach społecznościowych "Wspieram The Rolling Stones!", "Murem za  Iggy'm Popem!" czy "The Prodigy, rozliczymy was (przykładowo za ostatnią płytę)". A w skrajnych przypadkach facebook kipiący od deklaracji w stylu "ludzi, którzy nie lubią Queen proszę o opuszczenie grona moich znajomych". Albo ogólnopolski strajk czy protest w sprawie wysokich cen biletów na koncerty, które funduje nam pewna wielka agencja koncertowa. No wiem, trochę mnie poniosło, póki co takie problemy chyba nam nie grożą. 

                        Ja natomiast miałem duży problem z wybraniem 10 najlepszych płyt 2018. To był naprawdę udany muzycznie rok, więc wybrać, powiedzmy 50, proszę bardzo, ale 10? Jednak narzuciłem sobie żelazną dyscyplinę, dokonałem selekcji negatywnej i choć się mocno spociłem a ręka drżała przy skreśleniach to mamy ostatecznych zwycięzców. Przy czym słowo "najlepsze" może nie jest właściwe, lepsze będzie po prostu "ulubione". Oto ta dziesiątka (kolejność dowolna) wraz z krótkim uzasadnieniem.



MUDHONEY "Digital Garbage"





                               Jakie zespoły przychodzą wam na myśl, kiedy słyszycie słowo "grunge"? Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden? Bardzo dobrze, dostatecznie, jak powiedziałby dyrektor szkoły z filmu Stanisława Barei "Poszukiwany, poszukiwana". Oczywiście one uczyniły ten gatunek sławnym i popularnym przez pewien okres, jednak wcześniej byli oni, Mudhoney. I jako nieliczni z tej bajki przetrwali. Nigdy nie byli zbyt popularni, za to niesłychanie wpływowi. Jednak do mojej dziesiątki nie trafili za oczywiste zasługi, lecz za ostatni album. Klasyczny grunge'owy band nagrywa dla klasycznej wytwórni Sup Pop świetną, gitarową, brudną, garażową płytę, panowie cały czas w formie.





JANELLE MONAE "Dirty Computer"


                          Coś z zupełnie innej bajki, ale mieszczącej się jak najbardziej w moich upodobaniach. Czyli przedstawicielka soulowo-funkowego brzmienia, podanego jednak w bardzo nowoczesny sposób. Choć artystka nie boi się nawiązywać do klasyki, już na otwarcie płyty w tytułowym utworze otrzymujemy świetny duet z Brianem Wilsonem z Beach Boys. Mnie dużo radości zajęło też tropienie wpływów nieodżałowanego, genialnego Prince'a, a jest ich na płycie całkiem sporo (z zabójczym "Make Me Feel" na czele). Choć mimo tych zacnych wpływów Janelle Monae to na wskroś oryginalna wokalista, która po prostu w 2018 roku nagrała bardzo dobrą płytę.






ESBJORN SVENSSON TRIO "E.S.T.  Live in London


                                      Musi być też jazzowo. Przyznam, trochę oszukuję, ale tylko trochę. Bo to jest właściwie nowa płyta, jednak nie z premierowym materiałem. To zapis koncertu z 2005 roku, które E.S.T. dało w londyńskim Barbican Centre. Oni wtedy byli w szczytowej formie (i artystycznej i koncertowej) o czym miałem okazję przekonać się chwilę wcześniej, widząc ich w listopadzie 2014 roku na Międzynarodowym Festiwalu Pianistów Jazzowych w Kaliszu. I mogę otwarcie powiedzieć, że był to jeden z najważniejszych koncertów w moim życiu. Tragiczna śmierć Esbjorna Svenssona sprawiła, że nie dane już mi będzie zobaczyć ich razem na żywo, ale ta płyta przywołuje te najlepsze muzyczne (i nie tylko) wspomnienia.


                                                            





IDLES "Joy as an Act of Resistance"




                                     Punk's Not Dead? Jeżeli własnie taki to ja nie mam nic przeciwko! Taki, czyli brzmiący wyjątkowo świeżo i witalnie. Z nimi zresztą też mam koncertowe wspomnienia, pamiętam jak roznieśli swoją energią "Scenę Trójki" na Off Festiwalu w 2017 roku. Wtedy byli jeszcze słabo znani, zaraz po debiucie, teraz po wydaniu drugiej płyty w rodzimej Anglii bardzo ich chwalą. I ja muszę się z Wyspiarzami zgodzić. Bardzo dobry "angry band from U.K" z inteligentnym podejściem.








DEAFHEAVEN "Ordinary Corrupt Human Love"   


                                       

                                      Temat jeszcze dociążamy, no bo jak zakwalifikować ten zespół? Black metal, post-metal? Wszystkie etykietki, których użyjemy w przypadku Deafheaven trochę zawodzą. A już zawodzą w przypadku tej konkretnej płyty. Panowie z albumu na album ciągle się rozwijają i nie dają zaszufladkować. To momentami bardzo ostre, ale też niesłychanie (na swój sposób) nastrojowe i melancholijne granie. Na czele z "Night People" nagranym z gościnnym udziałem Chelsea Wolfe. Nie słuchać w zupełnej ciemności, bo można za bardzo ulec mrocznemu czarowi tej płyty. Aha, i też skojarzenie koncertowe, panowie dali jesienią w Warszawie jeden z najlepszych występów jakie widziałem w 2018 roku.





GLEN HANSARD "Between Two Shores"



                                  Tutaj już nie będzie skojarzeń koncertowych...choć może jednak. Glen Hansard zagra w maju dwa koncerty w Warszawie, a ja mam zamiar być przynajmniej na jednym z nich. Szczególnie po usłyszeniu tak znakomitej płyty jak "Between Two Shores".  Akurat twórczość tego irlandzkiego artysty śledzę od dawna, podobała mi grupa The Frames, podobał mi się film "Once" z oscarowym utworem "Falling Slowly", podobały mi się poprzednie jego solowe płyty. Nie inaczej jest z jego ostatnim albumem. Trochę folkowych, trochę rockowych brzmień, urzekające ballady ("Why Women", "Wreckless Heart"), akustyczne perełki (Movin' On). Wszystko to trochę w stylu i klimacie Vana Morrisona, co nie jest zarzutem tylko zdecydowanie mi pasuje.







JACK WHITE "Boardind House Reach"



                                     W swojej wcześniejszej recenzji tej płyty nawiązałem do skeczu Monty Pythona pt. "Dezorientacja kota". Bo nieźle pan Jack zdezorientował tym albumem swoich fanów. I mnie też. Napisałem wtedy coś w stylu, że postanowił zmylić trop, skręcić w boczną uliczkę, wpaść do przebieralni w sklepie, założyć perukę i dokleić wąsy. Jednym słowem Jack White spróbował być artystycznie kimś innym niż dotychczas. Bałem się czy to się na dłuższą metę uda. Nadal się trochę boję, ale muszę też przyznać, że całkiem niedawno wróciłem do tej płyty...i znakomicie się jej słucha! I o to w sumie chodzi, to co ja będę tutaj wybrzydzał i wydziwiał. 







THE BREEDERS "All Nerve"



                                         Niby się cieszę, że The Pixies istnieją, nagrywają, jednak bez Kim Deal, jak to śpiewają w pewnej piosence, "to już nie to samo". Jednak jak też mawiają, "nie ma tego złego..." i mamy oto taki dobry krążek. I to stworzony w składzie, który ostatnio był odpowiedzialny za nagrany ponad 25 lat temu "Last Splash". Album uznawany za jedną z lepszych i ciekawszych płyt lat 90. Ten najnowszy może tak klasycznego statusu nie osiągnie, ale w mojej pamięci pozostanie. Już sama wytwórnia dla której został nagrany budzi moją sympatię (4AD). "All Nerve" nie jest zbyt długa, trwa zaledwie niecałe 34 minuty, ale to dobrze, od początku do końca trzyma poziom i nie ma na niej wypełniaczy. Interesujące i inspirujące nawiązanie do alternatywnego grania z lat 90.


                                          





AVANTDALE BOWLING CLUB "Avantdale Bowling Club"



                                       Muszę przyznać, że wiele radości sprawia mi szukanie i wygrzebywanie jakichś nowych muzycznych wynalazków. O tym artyście nie wiedziałem wcześniej praktycznie nic. Nadal w sumie mało wiem...ale wiem jedno, to jest świetne! Jazzowo-hip-hopowy projekt gościa, który nazywa się Tom Scott, prosto z Nowej Zelandii. Więcej nie będę się rozpisywał, po prostu posłuchajcie tego co wrzucam poniżej, a całą płytę można znaleźć na bandcampie. Ja od jakiegoś czasu słucham namiętnie i nie mogę się oderwać.




CLUTCH "Book Of Bad Decisions"


                                Chciałbym to podsumowanie zakończyć z przytupem, a kto nie zapewni lepszego przytupu niż ci goście. Już od początku lat 90 panowie serwują porywającą (dla mnie) mieszankę stoner rocka, metalu, funku, bluesa i co tam jeszcze. Nie inaczej jest na tej płycie. Niby cięższe brzmienie, ale zagrane z niebywałym polotem. Plus poczucie humoru i dystans do siebie. Mam też takie wrażenie, że na "Book Of Bad Decisions" panowie swoje cięższe brzmienia doprawili jeszcze większą ilością funku, co sprawia, że album nieźle buja i można nawet przy nim (uwaga, będzie odważna teza) tańczyć. Poniższy utwór ładnie to ilustruje. Aha, nieustające podziękowanie za koncert  w 2016 na Off Festiwal, w trakcie którego prawie wyskoczyłem z trampek.  I to by było na tyle, mam nadzieję, że rok 2019 będzie muzycznie równie udany.



niedziela, 11 listopada 2018

Brzmienia niepodległości



Stulecie odzyskania niepodległości. Nie ma chyba w najbliższym czasie drugiego takiego jubileuszu, która by mógł nas, Polaków, bardziej połączyć i zjednoczyć. Bo ostatnio raczej potrafimy się różnić, i to w dodatku często niepięknie. Mamy ważną rocznicę. A co gdybyśmy świętowali ją od strony muzycznej? Bo przecież powszechnie wiadomo, że ta łagodzi obyczaje, poprawia wydajność umysłową, zmusza do myślenia, ale też wciąga do zabawy. Ja przeprowadziłem taki eksperyment i wybrałem swoją dziesiątkę. Dziesiątkę utworów muzycznych konkretnych wykonawców czasem z kompletnie różnych bajek stylistycznych. Jednak mających cechę wspólną, bo traktujących o naszym kraju i nas samych. Albo po prostu takich, które mnie się tak kojarzą. Jako, że to wybór wysoce subiektywny, nie ma tu lepszych, gorszych i kolejność jest dowolna.

KULT „Arahja” - Tekst tego utworu pierwotnie traktował o Murze Berlińskim, symbolu podziału Niemiec. Muru już dawno nie ma, Niemcy się zjednoczyły, a dla mnie po latach słowa nabrały jeszcze innego charakteru:

Mój dom murem podzielony
Podzielone murem schody
Po lewej stronie łazienka
Po prawej stronie kuchenka...”

Przecież to o nas samych! O naszym dramatycznie podzielonym społeczeństwie. Kazik, prorok jaki czy co?


LUXTORPEDA „ Hymn” - Tu przekaz jest konkretny, prosty lecz szlachetny. Utwór powstał dla drużyny rugby grającej na wózkach inwalidzkich. Idealny, żeby zachęcić do sportowej walki Podejrzewam, że byłby równie idealny do zagrzewania do innej walki, gdyby nasza niepodległość byłaby jeszcze kiedykolwiek zagrożona.

Kiedy duch i serce jest silniejszy niż ciało
To ból wśród nieszczęść uczynił cię skałą
Tylu już przegrało, zabiła ich słabość
Ty wśród nich wyciągasz rękę po wygraną...”



MAREK GRECHUTA „Ojczyzna” - Nie samą walką człowiek żyje. Przechodzimy na pozycje poetyckie i chwalimy naszych sławnych przodków, naszą mowę ojczystą. Idealny utwór na wszelkie akademie „z okazji”, bo wysoce patriotyczny, ale też liryczny i nie nudny. Poza tym, wiadomo, Marek Grechuta.

I dzisiaj ty żyjesz w kraju tak bogatym
historią swą, mową, sztuką te trzy kwiaty
trzymasz w swych rękach jak schedę pokoleń
muszą wciąż kwitnąć by kraj dalej trwał...”



ŁONA I WEBBER „Gdzie tak pięknie” - Hip-hopowy reprezentant w tym gronie. Cenię tych dwóch panów za dużą umiejętność dobrego ubrania w słowa swoich niebanalnych społecznych obserwacji. Mimo tego, że trochę nam się tutaj, jako Polakom dostaje.

Gdzie dwóch Polaków, trzy poglądy, a włos jeden
I dzielą go na cztery, pięć, sześć, siedem...”



OBYWATEL G.C. „Nie pytaj o Polskę” - Tak, wiem, ten utwór to pewniak, przebój, niemiłosiernie eksploatowany przy okazji różnych podsumowań. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że sobie na swoją popularność zapracował. To swego rodzaju patriotyczny erotyk, Grzegorz Ciechowski potrafił z dużą czułością opisać swoje trudne uczucia do ojczyzny.

Nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej
Nie pytaj mnie, dlaczego w innej nie
Nie pytaj mnie, dlaczego ciągle chcę
Zasypiać w niej i budzić się...”


MAANAM „Krakowski spleen. - Kolejny klasyk, którego tutaj nie może zabraknąć. Spleen, czyli ponury nastrój, stan przygnębienia, apatia. Utwór pochodzi z trzeciej płyty zespołu pt. „Nocny patrol”, która właśnie oddawała niezbyt wesoły klimat ciężkiego okresu stanu wojennego. Dla mnie jednak „Krakowski spleen” to piosenka o nadziei. Kiedy Kora śpiewa w refrenie, już wiem, że po prostu musi być lepiej.


Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne, skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz...”


NOSOWSKA „Polska” - Żeby nie było aż tak poważnie. Ja sam muszę przyznać, że nie wiem kompletnie o czym jest ten utwór, ale wiem, że zawsze chętnie głowę umoczę w Bałtyku a stopę oprę o Giewont. Bo piękny jest nasz kraj.

Śledzę wędrówkę słońca
Leżę, pode mną Polska
[…]
Pode mną patchwork z województw
I drobnych łatek powiatu
Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont”


CZESŁAW NIEMEN – „Dziwny jest ten świat”

A jednak często jest,
że ktoś słowem złym
zabija tak, jak nożem...”

W dobie internetu ta prawda jest jeszcze bardziej aktualna...

Nadszedł już czas,
najwyższy czas,
nienawiść zniszczyć w sobie”

Nie, nie jestem tak naiwny, żeby w to uwierzyć, choć bardzo bym chciał. Jednak może przy okazji stulecia niepodległości przyjdzie nam do głowy choć jedna myśl o tym, że różnice nas dzielące nie muszą od razu oznaczać nienawiści.


KABARET STARSZYCH PANÓW „Uśmiechnij się, Polaku”

Uśmiechaj się, Polaku
A może ktoś z rodaków
Innemu odśmiechnie
Aż da się powszechnie
Uśmiechem wciągnąć nację
W pogodną demokrację
Uśmiechaj się...”

Kiedy głos zabierają Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski nie potrzeba już niczego dodawać...


DAWID PODSIADŁO „Małomiasteczkowy” - Ostatni (i przy okazji najnowszy) utwór na mojej liście.

„Małomiasteczkowa twarz
Małomiasteczkowa głowa
Małomiasteczkowy styl
Małomiasteczkowo kocham...”

Przewrotna pochwała małomiasteczkowości? I bardzo dobrze! Duże miasta (niektóre) są piękne, ale kochajcie też swoje małe ojczyzny. Tutaj można się realizować i zrobić wiele dobrego.